Wiatrołomy
Robert Małecki — Kryminalne i sensacyjne

1

Ma­ria Her­man nie od­czu­wa­ła stra­chu przed si­ła­mi na­tu­ry, pa­trząc na ci­ągnące się po ho­ry­zont hek­ta­ry po­ła­ma­nych drzew i sze­ro­ką dro­gę znisz­cze­nia, któ­rą wy­dep­ta­ło nie­daw­ne tor­na­do.

Wci­ąż bar­dziej bała się lu­dzi.

Nie­mal ka­żde­go dnia po­li­cyj­nej słu­żby do­cie­ra­ło do niej, że za­ra­bia na ży­cie dzi­ęki temu, że czło­wiek na­dal jest czło­wie­ko­wi wil­kiem. Że jest zdol­ny do za­bi­ja­nia.

Dzień po dniu za­nu­rza­ła się w nie­wy­ja­śnio­nych zbrod­niach i do­sko­na­le wie­dzia­ła, że trud­no o coś bar­dziej kru­che­go i de­li­kat­ne­go niż ludz­kie ży­cie. Ktoś, chy­ba Bla­ise Pas­cal, traf­nie przy­rów­nał je do trzci­ny na wie­trze, cho­ciaż me­ta­fo­ra fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa mia­ła znacz­nie głęb­szy sens i od­no­si­ła się do miej­sca czło­wie­ka we wszech­świe­cie. Gdy­by jed­nak spły­cić to po­rów­na­nie, rów­nie do­brze za­miast o trzci­nie mo­żna by­ło­by mó­wić o le­sie ro­snącym na dro­dze trąby po­wietrz­nej.

To tyl­ko kwe­stia ska­li.

Za­ci­ągnęła się pa­pie­ro­sem, a chwi­lę pó­źniej dym w ko­lo­rze gęstych chmur su­nących po nie­bie roz­wiał się i znik­nął.