Dlatego mogę sobie wyobrazić, jak pięcioosobowa grupka otoczonych przez terapeutów dzieci przyswaja mapę nieba w kawałkach, a obstawa klaszcze z ulgą, że oto podopieczni zrobili kolejny krok ku rzeczywistości, w której żyjemy. Tablice kontra tablice. Jedno i drugie to przecież tylko kreski, które kolekcjonujemy, by połączyć galaktycznie odległe sposoby myślenia. Czy łatwiej przerzucić most z geometrycznych substytutów ciał niebieskich, czy z kropek i kresek zastępujących grymasy ruchliwej twarzy? Nie wiem. Obawiam się, że na jedno wychodzi, ale nie chciałabym widzieć min pań z przedszkola, gdybym to pomyślała na głos. Otoczyłyby mnie buźki z dwiema wściekle ostrymi, spadzistymi kreskami na górze i z dolną kreską wygiętą w łuk. Szpadki złości. Długie obcowanie z planszami i wykresami sprawiło, że zaczęłam bawić się w myśli nakładaniem tych buziek na żywe twarze. Nie jest to nawet taka zła zabawa, nie gorsza od masek greckich.