Wtedy też tak było – inwestor kupił stary budynek na Hurbanovej, planował remont generalny, więc ktoś musiał posprzątać cały syf. Kto to zrobi? Oczywiście, że absolwenciaki z urzędu pracy. Niech wiedzą, że nie uczyli się tyle lat na darmo. Pani urzędniczka proponuje staż – trzy albo cztery miesiące, za hojne sto trzydzieści euro miesięcznie. Chcesz, to bierz, nie to nie, jej wszystko jedno. Ale jak nie weźmiesz, to masz minusa, że niby nie współpracujesz i przy najbliższej okazji wywalą cię na zbity pysk. A do tego jeszcze usuną z ewidencji, żebyś nie psuł statystyk. Tak wygląda polityka prospołeczna w praktyce. Jestem więc robolem, nic innego mi nie pozostaje, i zapieprzam z nadzieją, że na dwusetne wysłane cv ktoś mi wreszcie odpowie.
Wkurza mnie to, ale do rzeczy. To wszystko zaczęło się właśnie tam. Fakt, wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem, ale w ruderze na Hurbanovej rozpoczęło się wielkie odliczanie. Tykało po cichu, póki gra się nie skończyła, a ja razem z nią.
Game over, man, o tak, szybko i prosto (pstryknięcie palcami). I bynajmniej nie dotyczyło to tylko mnie…