Po pół godzinie kompletnie nie było czym oddychać, z parteru dolatywały kłęby pyłu i głośne wyzwiska. Istnieją dwa typy robotników budowlanych – apatyczni i nerwowi. Pierwsi spokojniutko dzióbią sobie swoją pracę, nie zwracając uwagi na szczegóły czy szerszą perspektywę, na przykład, że zawala się na nich budynek. A ci drudzy robią tragedię nawet z wymiany żarówki. Ci tutaj należeli do tej drugiej grupy, bo zaczynali bluzgać coraz głośniej, dobitniej i częściej.
Mimo trudności kontynuowaliśmy pracę i opróżniliśmy prawie wszystkie pokoje na pierwszym piętrze. Nie było ich wiele, tylko cztery czy pięć, ale spróbuj znieść po schodach kilka metalowych łóżek. A do tego, oczywiście, szafki, stoliki, półki…
O dziesiątej myślałem, że się przekręcę. Nie tylko ja, moi koledzy też coraz częściej zostawali na powietrzu, pokaszliwali, charczeli albo wręcz przeciwnie – doprawiali swoje już mocno zasyfione płuca porcjami nikotyny z leczniczego papieroska. Ja nie palę i jeśli tylko mogłem, to z radością odpuszczałem sobie kurs tam i z powrotem po schodach. Zostawałem na piętrze, otwierałem okno i wychylając się przez nie, łapałem świeże powietrze.