Rover spuścił głowę. Poczuł lewą dłoń chłopaka na swojej ogolonej na zero czaszce. Sonny był leworęczny, ale w tym wypadku nie trzeba było być czcicielem statystyki, by wierzyć, że spodziewana długość jego życia będzie krótsza niż osób praworęcznych. Przedawkowanie mogło nastąpić jutro albo za dziesięć lat, tego nie wiedział nikt. Ale tego, że lewa ręka chłopaka posiada uzdrawiającą moc, Rover nie kupował. Chyba nie wierzył też w błogosławieństwo. Dlaczego wobec tego tu przyszedł?
No cóż, z religią jest jak z ubezpieczeniem od pożaru, człowiek nie do końca wierzy, że go potrzebuje; lecz skoro inni twierdzili, że chłopak może przyjąć na siebie cudze cierpienia, to dlaczego z tego nie skorzystać dla spokoju duszy?
Rovera bardziej zastanawiało, jak to możliwe, że ktoś taki zabił z zimną krwią. Zwyczajnie mu się to nie zgadzało. A może prawdą jest, jak mówią, że diabeł ma najlepsze przebrania?
– Salam alejkum – rozległ się głos i dłoń się cofnęła.
Rover pozostał ze spuszczoną głową. Dotknął językiem gładkiej tylnej powierzchni złotego zęba. Czy był już gotowy na spotkanie ze swoim stwórcą, jeżeli właśnie to go teraz czekało? Podniósł wzrok.
– Wiem, że nigdy nie prosisz o zapłatę, ale...