Na zdjęciu widać wysoką dziewczynę o dość surowym wyrazie twarzy, ładniejszą, niż jej się wydawało, z ramionami wystarczająco szerokimi, by budzić rozpacz jej matki, oraz talią na tyle gibką od pochylania się i wyciągania ryb z wody, że jej właścicielka nigdy nie potrzebowała nosić gorsetu. To właśnie ja: nie potrafię ukryć dumy i nie zdaję sobie jeszcze sprawy, że przez resztę swoich dni będę związana z tym morskim potworem tak ściśle, jakby połączył nas węzeł małżeński. Nie widać, że rekin wisi na dwóch drutach, podtrzymywanych przez mojego ojca i jego wspólnika, pana Brenta Newhavena – holując rybę na brzeg, naderwałam sobie kilka ścięgien w prawym barku i kiedy zjawił się fotograf, nie byłam w stanie podnieść kubka z herbatą, a co dopiero żarłacza.