Po drugiej stronie wiaduktu zamajaczyła stacja benzynowa, co dało kobiecie nadzieję, że zaraz będzie bezpieczna. Jednak jej radość nie trwała długo, bo w zaroślach naprzeciwko dostrzegła zbliżające się niebieskie światła błyskowe radiowozu policyjnego. Poczuła się osaczona. To koniec, pomyślała, gdy deszcz bezlitośnie siekł jej pomarszczoną skórę. Drżąca od przenikającej jej ubranie wilgoci i zimna, z sukienką przyklejającą się do ciała, podeszła do barierki. Auto, które dotychczas jechało za nią, zatrzymało się, chwytając kobietę w kleszcze świateł reflektorów. Jego kierowca otworzył drzwi i usiłując przekrzyczeć szum ulewy, wołał coś do uciekającej. Chciała spojrzeć w twarz tej osoby, pokazać, że się nie boi, tak jak to robiła przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, ale tym razem byłoby to kłamstwo.
Oparła dłonie na metalowej barierce. Jej palce dotknęły chłodnej i śliskiej powierzchni. Kobieta przełożyła przez nią najpierw jedną, potem drugą nogę, z coraz większym trudem łapiąc każdy kolejny oddech. Kiedy znalazła się po drugiej stronie, dostrzegła postać biegnącą w jej kierunku.
Zamknęła oczy, szepcząc „idę do ciebie, kochanie”, i puściła poręcz.