Lipczyńska potwierdziła skinieniem głowy, wbijając wzrok w blat stołu, jakby wstydziła się wszystkiego, co zrobili.
Chyłka zaś była pod wrażeniem. Działali bezkompromisowo i przez pierwsze pół roku nie dopuszczali możliwości, by siedzieć biernie i czekać na dobre wieści znad Morza Czerwonego. Latali do Hurghady, kiedy tylko mogli, i nie ustawali w wysiłkach, szukając syna dopóty, dopóki pracodawcy w Polsce nie zaczynali robić problemów.
Ostatecznie odpuścili tylko dlatego, że nie było już od kogo pożyczać pieniędzy. I choć siostra Anny nigdy by tego nie przyznała, ona także miała dosyć.
– Nigdy nie straciliśmy nadziei – powtórzyła na koniec Lipczyńska, choć nie musiała.
– Nie wiedzieliśmy, jak żyć, ale nauczyliśmy się funkcjonować – dodał Tadeusz i wziął żonę za rękę.
– Wegetować – poprawiła go.
Skinął głową.
W sali konferencyjnej znów zrobiło się cicho. Joanna wsłuchiwała się w monotonny szum klimatyzacji.
– No dobra – rzuciła. – I dwadzieścia godzin temu Przemek nagle wyskoczył jak filip z kapusty.
– Co proszę? – bąknął Lipczyński.
– Nie słyszeli państwo tego powiedzenia?
Pytanie zawisło w powietrzu, nikt nie kwapił się do odpowiedzi. Chyłka zabębniła palcami na blacie stołu.