– Ile… jak długo… będziemy… – wysapał Osica.
– Stąd do Doliny Strążyskiej jest pańskim tempem jakieś dwie i pół godziny.
– Niedobrze…
Wiktor popatrzył na niego z niedowierzaniem.
– Lojalnie uprzedzam, że nie będę pana niósł.
– Poczekaj… muszę chwilę odpocząć…
Edmund zatrzymał się, by zaczerpnąć tchu. Forst stanął obok niego, rozejrzał się i wyrzucił gumę. Zastanawiał się, jak dowódca w ogóle wdrapał się na taką wysokość.
Zanim Osica zdążył odsapnąć, rozdzwoniła się jego komórka. Otarł pot z czoła, po czym sięgnął do skórzanego futerału rodem z lat dziewięćdziesiątych, który nosił przy pasku.
– Dzień dobry, panie komendancie – powiedział na wydechu. – Tak, tak, nie. Wydałem bezpośredni rozkaz, by milczał. Nie, panie komendancie. Czy to, aby… Tak, oczywiście, rozumiem.
Forst przysłuchiwał się temu z obojętnością. Nieraz podpadał przełożonym i nigdy przesadnie się tym nie przejmował. Tym razem również nie miał takiego zamiaru.
Podinspektor schował starą nokię do etui, a potem bez słowa ruszył w kierunku Przełęczy w Grzybowcu. Tym razem sam narzucił tempo marszu.
– Jesteś zawieszony – odezwał się.
– Co takiego? – wypalił Wiktor.