Każda książka musi się gdzieś zacząć. Ta niech się zacznie w Finlandii. Noc, dom w lesie, wokół pustka. Za oknem tylko świerki, zorza polarna i śnieg. W środku chłopiec, lat sześć. Ma na imię Mika.
… i w Kolumbii. Tropikalna Buenaventura. Portowe zaułki, zgiełk, muzyka do rana i wszechobecne czary. Juanita kaszle. Ta ciągła wilgoć w powietrzu roznosi choroby.
… i w Japonii. Kanae właśnie kończy hoikuen. Żłobek, przedszkole, zerówka – wszystko w jednym. Za chwilę wejdzie w świat mundurków, krawatów i lekcji, podczas których uczeń nie ma prawa odezwać się ani słowem.
… i w Ugandzie.
… i w Kalkucie w Indiach.
… i w Springfield w stanie Missouri, w środkowych Stanach Zjednoczonych.
… i w zimbabwejskim buszu, gdzie przed domem biegają słonie, a noce spędza się pod gwiazdami, uważając, żeby zwabione zapachem jedzenia hieny nie podeszły zbyt blisko.
Siedmioro dzieci w podobnym wieku z siedmiu różnych miejsc. Będą dorastać w tym samym czasie, ale nigdy się nie spotkają.
Dziś są już dorośli. Zwykli ludzie. Tacy, jakich mijamy na ulicy.
Nic szczególnego.
Jeśli o kimkolwiek można powiedzieć, że jest zwykłym człowiekiem.