Prolog

Dziejący się pół roku po wydarzeniach opisanych w książce, w którym zostają zgłoszone uzasadnione pretensje natury moralnej i legalnej do pewnej wizji artystycznej.
– To przecież w ogóle nie tak było! – stanowczy głos jakiejś wzburzonej kobiety wybił się nagle ponad gwar ciżby spływającej po schodach teatru, kłębiącej się przy szatniach i wylewającej na podjazd przed majaczącym w ciemnościach nocy gmachem.
Parę głów – młodzian z nikłym puszkiem na górnej wardze, wyfiokowana żona aptekarza i siwowłosy nauczyciel gimnazjalny o malowniczo rozczesanej brodzie, spoczywającej na śnieżnobiałym gorsie koszuli – zwróciło się w tamtą stronę, próbując ustalić źródło głośnego protestu, ale w tej ludzkiej masie trudno było ustalić, kto i do kogo się zwraca. Zresztą nie była to żadna nowość: oburzonych nie brakowało – i tego wieczora, i poprzedniego, i jeszcze wcześniej; począwszy od tamtej pamiętnej soboty, zawsze trafiał się ktoś, kto wychodził po drugim, czasem nawet i po pierwszym akcie, z furią szurając falbanami, gniewnie stukając laską o marmurowe schody westybulu, głośno pomstując na „niedorzeczności” albo „nieobyczajność”. Zdarzali się, acz zdecydowanie rzadziej, i tacy, którzy mimo wściekłości czy rozczarowania dotrwali do końca przedstawienia i pomstowali, dopiero kiedy wysiedzieli całą kwotę zapłaconą za bilet. Ci z kolei, którzy przychodzili do teatru na każdy spektakl – i, niby urzeczeni, bezgłośnie suflowali aktorom kwestie, których zdążyli się już wyuczyć na pamięć – patrzyli na tamtych z mieszaniną rozbawienia i pogardy.
– To po prostu skandal! – dobiegło teraz z pewnego oddalenia, ale wciąż wyraźnie słyszalne. Nikt już jednak się tym nie przejął. Cóż, Kraków lubił się oburzać i choć każda okazja była do tego dobra, to najnowsza sztuka pana Wyspiańskiego dała po temu mnóstwo sposobności, z których wprost szkoda byłoby nie skorzystać. Jedni więc oburzali się na te dyrdymały i że dekadenckie salony zachwycają się literackim dziwactwem bez ładu i składu, drudzy na recenzentów półgłówków, którzy nie poznali się na dziele najwyższego geniuszu, inni zaś wreszcie… No dobrze, uczciwość nakazywała przyznać, że niektórzy zaiste mieli powody do oburzenia, i to dość daleko wykraczające poza kwestie teatralne. Całe miasto opowiadało, jak to w samą wigilię prapremiery pani Rydlowa – stara pani Rydlowa – rozwieszała po nocy poprawione afisze.
– Nie ona osobiście, ma się rozumieć, jeno kilku gazeciarzy, którym zapłaciła za to po parę centów – klarował jegomość w cwikierach jakiemuś młodszemu, z wystającym podbródkiem, którego, mimo najlepszych wysiłków, rzadki zarost wcale nie maskował, wręcz przeciwnie. – Nie do odróżnienia od oryginalnych, na własne oczy widziałem, proszę pana, ani chybi w tej samej drukarni robione – ciągnął rozemocjonowany. – Chodzili nocą i naklejali na słupach, żeby zasłonić te, co to je ci z teatru porozwieszali. No ale wszystkich nie dali rady, hłe, hłe – parsknął z nieskrywaną satysfakcją i rozejrzał się, czy został usłyszany, ale kłębiący się wokół tłum był zainteresowany raczej odzyskiwaniem palt, pelis, futer, cylindrów i wielkich jak młyńskie koła damskich kapeluszy niż plotkami, które wszyscy już dawno słyszeli.
– Ale czemu? – podbródek ze zdziwienia wysunął się jeszcze bardziej.
– Naprawdę pan nie wie? – włączył się stojący obok korpulentny mężczyzna z siwymi bokobrodami, który najwyraźniej na kogoś czekał. – Pan, tuszę, nietutejszy!
– Przyjechałem ze Lwowa…
– No i wszystko jasne! – żachnął się siwy.
– Bo pan Wyspiański użył w sztuce prawdziwych imion – wyjaśniły cwikiery – więc stara Rydlowa…
– Matka pana młodego? – upewnił się przybysz ze Lwowa, ewidentnie niezorientowany w krakowskich koligacjach.
– Owszem. Pani profesorowa Rydlowa – podkreślił demonstracyjnie siwy, patrząc z dezaprobatą na mężczyznę w cwikierach – matka młodego pana Lucjana, poety, i panny Haneczki. Czy pan w ogóle słucha?
– Nie tylko słucham, proszę pana, ale i się dziwię. To przecież niezgodne z prawem. Instrukcje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, punkt piąty, wyraźnie stanowią, że nie wolno obierać na przedmiot przedstawień teatralnych stosunków życia prywatnego osób żyjących… Jestem studentem na Wydziale Prawa – dodał szybko, widząc zaskoczony wzrok rozmówców.
– Niezgodne nie tylko z prawem, ale i z dobrym obyczajem! – sarknęły bokobrody, wyraźnie zadowolone, że nieoczekiwanie znalazły sojusznika. – Ślub doktorowego syna z wiejską dziewczyną aż nadto dostarczył amunicji plotkarstwu krakowskiemu, po co jeszcze mamy echa tego zdarzenia ze sceny słyszeć, ja się pytam?
– Tak więc pani Rydlowa – zmitygowały się cwikiery – strasznie się oburzyła i podobno planowała nawet zablokować premierę, ale ostatecznie zajęła się tylko tymi afiszami. Pozmieniała imiona, Haneczkę na Krysię czy Krzysię podmieniła, myśląc, że jakoś to będzie. Wszelako niepotrzebnie zjawiła się na prapremierze.
Tu obaj starsi mężczyźni zgodnie pokiwali głowami, choć pewnie z różnych powodów.
– Ale co się stało? – podbródek wciąż nie rozumiał przyczyny całego zamieszania.
– Nie wiem, jakie obyczaje panują we Lwowie, proszę pana, ale w naszym mieście pokazywanie na scenie panien z dobrego domu, które chcą się, ekhem, obściskiwać z podchmielonymi parobkami, uchodzi, oględnie mówiąc, za nieobyczajne. A przynajmniej w złym guście.
– Ale czy takie znowu nieprawdziwe? – zarechotały cwikiery. – Tak czy inaczej, kiedy pani Rydlowa zobaczyła scenę, w której jej córka chce się z drużbami całować, to dostała spazmów i trzeba ją było z teatru wyprowadzić, hłe, hłe.
– Wizytę w teatrze przypłaciła chorobą i kilkoma nocami zupełnie bezsennymi – dodały współczująco bokobrody. – Po prostu nie mogła się powstrzymać od nerwowego płaczu… Tak przynajmniej mówiła mi żona, która wie to z dobrych źródeł, mianowicie od swojej kuzynki…
Student puścił jednak to wyjaśnienie mimo uszu i pogładził podbródek.
– Nie przypominam sobie tej sceny, a oglądałem spektakl z wielką uwagą.
– Bo jej pan dziś nie widziałeś! – roześmiały się cwikiery. – Specjalnie dziś przyszedłem obejrzeć znowu, bo to miał być pierwszy spektakl, na którym zagrają całość, bez skrótów. Wie pan, austriacka cenzura wcześniej solidnie okroiła tekst.
– Tak, wiem, pisano o tym i u nas, we Lwowie, i to dość obficie. Zdaje się, że z powodów politycznych. Bo sztuka zbyt demokratyczna i patriotyczna…
– A jakże! Pod naciskiem stańczyków, ma się rozumieć!
– Ależ skądże znowu – obruszyły się bokobrody – proszę nie wierzyć we wszystko, co pan wyczyta w prasie. Zwłaszcza – uniósł palec wskazujący – w prasie socjalistycznej. Nie żadna austriacka cenzura, tylko nasza, w starostwie, i nie pod naciskiem środowisk konserwatywnych, tylko ze względu na porządek publiczny…
– Punkt trzeci instrukcji… – mruknął student prawa.
– …oraz obrazę przyzwoitości, wstydliwości i, hmm, no, moralności.
– …punkt czwarty…
– No ale, drodzy panowie, niektórych rzeczy po prostu nie godzi się pokazywać na scenie, chyba się co do tego wszyscy zgodzimy! Przecież do teatru chodzą też kobiety! Dzieci nawet! Niektóre sceny w dzisiejszym spektaklu zaiste wołają o pomstę do nieba. „Mego dziadka rżnęli piłą? My już nic nie pamiętamy”? Czy jak tam to szło. Ręczę panom, że ja bym pamiętał! Dziadunio mój świętej pamięci zmarł na atak apopleksji prawie pół wieku temu, kiedy byłem jeszcze pacholęciem, i do dziś to pamiętam! Nie godzi się takich rzeczy ze sceny mówić. – Bokobrody aż zatrzęsły się z oburzenia, jakby grożąc, że los dziadunia może się powtórzyć.
– I nasz gość ze Lwowa zaiste nie wszystko zobaczył, hłe, hłe, bo cenzura może i odcenzurowała jedno, a za to Rydlowa w pojedynkę zdołała ocenzurować drugie. Wymogła na Kotarbińskim… dyrektorze teatru – dodał wyjaśniająco – żeby usunął tamtą scenę. Uparta kobita, trzeba jej to oddać. – Wszyscy trzej pokiwali głową.
Tymczasem rozdyskutowani panowie skonstatowali z niejakim zdziwieniem, że popychani niestrudzenie przez stłoczonych widzów, przelewających się przez główne wyjście, znaleźli się już na zewnątrz, więc kolejno założyli okrycia: bokobrody grubą pelisę z bobrowym kołnierzem, cwikiery lżejsze palto, podbródek zaś zbyt artystowską jak na studenta prawa pelerynę. Tłum przed teatrem zaczął się przerzedzać. Ludzie rozchodzili się do domów, przeważnie zawzięcie dyskutując o tym, czego właśnie doświadczyli. Wszyscy – tak entuzjaści, jak i krytykanci – byli wszelako zgodni, że obejrzeli coś „wprost niebywałego”. Od Wielkanocy pogoda się poprawiała, więc w ciepły wiosenny wieczór można było oszczędzić na fiakrach i wrócić do domów na nogach. Z drugiej strony to, co przyoszczędzono na dorożce, zazwyczaj należało oddać w szperze, zapłaconej dozorcy, żeby otworzył bramę po dziesiątej godzinie. Cóż, życie pełne jest trudnych decyzji.
– Ignacy! – rozległ się ten sam stanowczy głos, który słychać było wcześniej. – Gdzieżeś ty się podział? Znalazłam parasolkę, idziemy!
Bokobrody aż się wzdrygnęły.
– Już idę, Zosieńko! – odkrzyknęły, po czym ukłoniły się rozmówcom i odwróciły na pięcie. Podbródek i cwikiery usłyszały jeszcze wypowiedziane usprawiedliwiającym tonem: „Przecież cały czas tu na ciebie czekałem, duszko…”, oraz – z oddali – z niegasnącą pretensją: „Nie mogłam uwierzyć, co ten Wyspiański z tego zrobił! To w ogóle nie tak było! A poza tym z całą pewnością nie miałam na sobie sukni w kolorze bordo!”.
Złoty róg
PROFESOROWA SZCZUPACZYŃSKA I SENSACJA NA SŁYNNYM WESELUListopadowy ranek 1900 roku. Pod domem profesorowej na św. Jana tłoczno od gapiów – w bramie naprzeciwko znaleziono ciało mężczyzny! Jednak Zofia Szczupaczyńska tylko rzuca okiem na miejsce zbrodni. Nie ma teraz czasu rozpocząć śledztwa – pędzi do bazyliki Mariackiej na najgorętsze wydarzenie sezonu: ślub poety Rydla z chło...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio