Rozdział 1
Fides et ratio
1
Wrońsk, powiat ciechanowski
Ulicę rozświetlały jedynie przydrożne lampy na słupach energetycznych, kiedy czarna iks piątka powoli minęła niewielką rzekę. Siedzący w środku Chyłka i Oryński starali się wyłowić z mroku wieżę świątyni, do której się kierowali – ujrzeli ją jednak dopiero, kiedy Kordian zaparkował pod nieco zaniedbanym ogrodzeniem kościoła.
Jako pierwsze otworzyły się drzwi pasażera, a zaraz potem Joanna wysiadła z auta, wyraźnie niezadowolona.
– Naprawdę musisz? – spytał Zordon, zamykając samochód.
– Co?
– Manifestować dezaprobatę całą sobą?
– Nic nie robię – odburknęła Chyłka, po czym ruszyła w stronę otwartej furtki.
Ten, kto na nich czekał, najwyraźniej nie pofatygował się, by zamknąć ją z powrotem po tym, co stało się tutaj nie więcej niż dwie godziny temu.
– Nic? – rzucił Zordon, zrównując się z żoną. – A kto przez całą drogę pomstował?
– Siedziałam cicho.
– To prawda – odparł pod nosem Kordian, otwierając jej główne drzwi do kościoła. – Rzecz w tym, że czasem potrafisz naprawdę głośno milczeć.
Joanna zatrzymała się w progu i na moment zawiesiła wzrok na jego oczach. Z wnętrza budynku do jej nozdrzy dotarła charakterystyczna piżmowa woń, kojarząca się ze starymi świątyniami.
– Zordon – rzuciła.
– No?
– Można by powiedzieć, że jechałeś tu z określoną prędkością, ale byłoby to poświadczenie nieprawdy. Jechałeś z określoną wolnością.
Oryński pokręcił głową i zamaszystym ruchem ręki zasugerował Chyłce, żeby szła przodem. Skorzystała od razu, przekraczając próg kruchty, po czym nabrała nieco wody święconej z kropielnicy i szybko się przeżegnała.
– To trzeba było wieczorem nie pić – odparł. – Mogłabyś sama nadawać tempo iks piątce i…
– Wierz mi, gdybym wiedziała, jaka gehenna mnie czeka, byłabym wzorem abstynencji.
Kordian mruknął coś pod nosem.
– Co tam starasz się wykrztusić?
– Nic.
– Mhm – skwitowała z niezadowoleniem Joanna. – Tyle lat cię edukuję w sztuce łamania przepisów, Zordon, i wszystko jak…
– A widziałaś drogi, którymi tu jechaliśmy?
– Widziałam.
– I zauważyłaś, jakie pipidówy mijaliśmy?
– Zauważyłam – przyznała.
– Jedna z nich nazywała się Komory Błotne, Chyłka.
– No i? Całkiem niezgorsza nazwa.
– Ale dająca pojęcie o tym, jaka była kondycja nawierzchni.
– Iks piątka by sobie poradziła, gdybyś tylko dał jej szansę – oznajmiła Joanna, a potem wskazała wzrokiem kropielnicę.
Kordian zignorował ją i dał krok naprzód. Miał zamiar postawić kolejny, jednak ręka Chyłki na jego piersi skutecznie mu to uniemożliwiła.
– Przeżegnaj się.
Oryński zerknął na wodę święconą.
– Nie wypali ci skóry – dodała Joanna. – Chyba.
– Ale dostarczy mi wszystkich zarazków, które zostawili tam ludzie wpychający wcześniej do niej łapy.
– Daj spokój.
– A jak ktoś wcześniej drapał się po tyłku, a potem…
– Żaden przykładny katolik tego nie robi.
Kordian zmierzył wzrokiem swoją żonę.
– Nawet jeśli, to tych przykładnych nie ma wielu.
Stali naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy i czekając na rozwój wypadków.
– Zamocz badyla, Zordon.
– Bo?
– Bo inaczej jedynym, co będziesz moczył dziś w nocy, okażą się naczynia w zlewozmywaku.
Oryński powiódł wzrokiem po ozdobnych łukach, bogatym żyrandolu i w końcu utkwił wzrok w równie okazałym ołtarzu. Cały ten przepych mocno kontrastował z faktem, że znajdowali się na wsi, która mogła mieć w porywach tysiąc mieszkańców.
– Nie powinnaś stawiać takiego ultimatum w kościele – zauważył Zordon.
– Nie?
– To niemoralne.
Chyłka zbliżyła się o krok.
– Nikt nigdy nie mówił, że jestem moralna – zauważyła.
Nagle powietrze między nimi zdawało się zmienić. To, co przed momentem było pustą przestrzenią, teraz stało się wypełnione jakąś magnetyczną siłą, która ciągnęła ich ku sobie.
Joanna przesunęła dłonią po ręce Oryńskiego i poczuła, jak przyjemny impuls przecina całe jej ciało na wskroś. Jakim cudem w okamgnieniu przeszli od wody święconej i durnego komentarza do preludium zbliżenia? Nie miała pojęcia. Podobne rzeczy działy się jednak za każdym razem, kiedy Zordon był obok.
Zrobił krok w jej kierunku, a ona kompletnie zapomniała, gdzie się znajdują. Gdyby zaczął ściągać jej bluzkę, pozbyłaby się jej zupełnie bezrefleksyjnie, a potem zwyczajnie by się na niego rzuciła.
– O – rozległ się głos od strony ołtarza. – Szczęść Boże.
Chyłka natychmiast się cofnęła, Kordian nerwowo kaszlnął. Oboje zwrócili się ku prezbiterium, skąd powoli nadchodził ku nim duchowny, dla którego się tu zjawili.
Ksiądz Kasjusz. Nie zmienił się wiele, od kiedy Joanna widziała go ostatnim razem. Wciąż był mocno otyły, chybotał się na boki przy chodzeniu i oddychał tak ciężko, jakby samo noszenie tak wydatnego brzucha wyczerpywało wszystkie jego siły.
Chyłka znała go dobrze, on ją także. To u niego spowiadała się od wielu lat – ostatnim razem tuż przed ślubem. Pamiętała, że imię dostał po jakimś ściętym wczesnochrześcijańskim męczenniku z Rzymu, Kasjuszu, choć sam nigdy nie przywodził na myśl żadnego cierpiętnika – przeciwnie, jego fizys wskazywała, że lubi sobie dogodzić.
Aż do dzisiaj.
Dzisiaj bowiem jego koloratka była zakrwawiona, a twarz znaczyły mu liczne rany. Utykał, jakby za moment miał się przewrócić, mętny wzrok zaś świadczył, że kapłan jest w szoku.
Joanna natychmiast ruszyła główną nawą w jego kierunku, Zordon potrzebował chwili, by pomiarkować, że patrzą na kogoś, kto za moment może osunąć się na posadzkę.
Chyłka nie zdążyła w porę. Ksiądz zachwiał się, a potem nogi się pod nim ugięły. Zamortyzował nieco upadek, próbując uchwycić się jednej z ławek, ale wyrżnął na podłogę z cichym jękiem.
Mimo to uniósł uspokajająco dłoń, kiedy dwoje prawników znalazło się przy nim.
– Jezus Maria – rzuciła Chyłka. – Kto…
– Proszę cię – uciął ksiądz, wskazując wzrokiem ołtarz.
Uklękli przy duchownym, a Joanna dopiero teraz uzmysłowiła sobie, w czym rzecz.
– To nie było branie żadnego imienia nadaremno – odparła ostro. – Kto księdza tak urządził?
– Urządził?
Pomogli mu wstać, a potem posadzili go na ławce. Trzymał się z trudem i sprawiał wrażenie, jakby miał z powrotem zsunąć się na podłogę, jeśli go nie podtrzymają. Nie zajął się ranami, ledwo otarł krew spod nosa – na niewiele się to jednak zdawało, bo ten wciąż krwawił.
Chyłka omiotła wzrokiem twarz księdza Kasjusza.
– Maksyma „szukajcie, a znajdziecie” ewidentnie się sprawdza – zauważyła. – Tyle że nie zawsze znajduje się to, czego się szuka.
– Słucham?
– Ksiądz ewidentnie nie szukał wpierdolu, ale go dostał.
Duchowny zmarszczył brwi i w końcu na jego twarzy pojawił się przebłysk człowieka, którego Joanna znała. Najwyraźniej szok u księży ustępował, jeśli zaczynało się bluzgać w kościele.
– Spokojnie – dodała szybko Chyłka. – Mnie się jeszcze może wymsknąć kilka razy, ale Zordon jest wege.
Kasjusz znów spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem.
– Nie rzuca mięsem – wyjaśniła Joanna. – Co najwyżej kalafiorem.
– Ale…
– Kto księdzu to zrobił? – włączył się Kordian.
Duchowny zerknął na Chyłkę, a potem na Oryńskiego. Skupił na nim swoją uwagę na dłużej, jakby od dawna czekał, by wreszcie się z nim spotkać. Może istotnie tak było.
– Miło mi cię poznać, Kordianie – odezwał się charakterystycznym łagodnym głosem pasterza, który dba o swoje owieczki.
– Wzajemnie – odparł szybko Zordon. – A teraz może zajmijmy się…
– Nic mi nie jest.
Oryński wyciągnął komórkę, co właściwie samo w sobie stanowiło komentarz, po czym zaczął wprowadzać numer alarmowy.
– Nie – rzucił czym prędzej Kasjusz. – Nie trzeba dzwonić po kogokolwiek.
– Tyle że ksiądz krwawi. I ma obrażenia, które…
– Proszę – uciął duchowny. – Bez policji.
– Planowałem raczej wezwać karetkę.
– Nie trzeba – zapewnił Kasjusz. – Naprawdę nic mi nie jest, potrzebuję tylko chwili, żeby dojść do siebie.
Chyłka bezsilnie westchnęła, a potem czujnym wzrokiem rozejrzała się po kościele.
– Dobra – rzuciła. – Macie tu jakieś środki opatrunkowe i inne takie?
– Na zakrystii coś się znajdzie.
Dwoje prawników pomogło księdzu wstać, a potem poprowadziło go w kierunku drzwi znajdujących się przy ołtarzu. Stękał i syczał z bólu, a Joannie przeszło przez myśl, że część obrażeń może nie być widoczna gołym okiem.
– Powie ksiądz w końcu, kto go tak załatwił? – rzuciła, kiedy wchodzili do zakrystii. – I dlaczego zadzwonił do mnie, a nie na policję?
Telefon był tyle niespodziewany, ile dramatyczny. Kasjusz właściwie nie potrafił złożyć jednego zbornego zdania – powiedział tylko, że potrzebuje pomocy. I że nie wie, do kogo innego mógłby się zwrócić.
Chyłka i Kordian wyjechali z Argentyńskiej zaraz potem. Joanna sądziła, że skierują się do kościoła na Pradze, w którym dotychczas pełnił posługę Kasjusz – okazało się jednak, że jakiś czas temu został przeniesiony do Wrońska.
Gdyby ona prowadziła, dotarliby tu w niecałą godzinę.
Gdyby Zordon wiedział, w jakiej kondycji zastaną duchownego, z pewnością też by przycisnął.
Zamiast tego zjawili się jednak półtorej godziny po telefonie. Czasu upłynęło całkiem sporo, mimo to duchowny wciąż nie potrafił do siebie dojść.
– Proszę księdza? – upomniała go Chyłka, czekając na odpowiedź.
– Miałem… niespodziewaną wizytę.
– Tyle widać. Kto konkretnie ją złożył?
– Cóż, nie znam tego człowieka, ale…
Urwał, kiedy Zordon nagle zatrzymał się w zakrystii, a wraz z nim reszta. Ksiądz nadal wspierał się na ramionach prawników, mimo to znów wydawało się, że osunie się na podłogę. Joanna chwyciła go mocniej.
Potem podniosła wzrok, by stwierdzić, co sprawiło, że Kordian raptownie stanął.
Cała zakrystia była we krwi.
Kielichy, pateny i inne naczynia liturgiczne leżały rozrzucone na podłodze, szaty do mszy również, razem z wieszakami. Joanna ujrzała komżę kapłańską, która powinna być biała, a zamiast tego niemal w całości przesiąkła szkarłatną posoką. Tuż obok znajdował się poszarpany ornat, główna szata noszona podczas liturgii.
Wszystko to sprawiło, że Chyłce na moment odebrało dech w piersiach. Upiorne wrażenie pogłębiło się jednak jeszcze bardziej, kiedy zobaczyła niedbale porzucone, zachlapane krwią Pismo Święte.
Co tu się wydarzyło, do kurwy nędzy?
– Muszę chyba na moment usiąść… – odezwał się słabo Kasjusz.
Kordian szybko potrząsnął głową, a potem postawił jedno z przewróconych krzeseł. Jak w transie pomogli księdzu zająć miejsce, po czym spojrzeli na siebie z przerażeniem.
– Chyłka…
– Wiem.
Nie musiała nawet się upewniać, co chce powiedzieć Zordon. Było tutaj zbyt dużo krwi jak na jedną ranną osobę.
Spojrzała na Kasjusza, ale niemal od razu zrezygnowała z dalszych prób dowiedzenia się od niego czegokolwiek. Zamiast tego powiodła wzrokiem po czerwonych śladach ciągnących się w kierunku bocznej kruchty.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że drzwi są niedomknięte.
Ruszyła ku nim, a potem razem z Kordianem wyszła na zewnątrz.
W tym samym momencie dostrzegli mężczyznę w jeansach i bluzie z kapturem, który leżał przed bocznym wyjściem z kościoła. Był cały we krwi wciąż wypływającej z głębokiej rany w czaszce. Kończyny miał ułożone nienaturalnie, a szeroko otwarte oczy wbijały martwe spojrzenie w nocne niebo.
Zarzut
Do Joanny Chyłki zgłasza się ksiądz, któremu prawniczka i jej siostra wiele zawdzięczają – to on przed laty wyciągnął do nich pomocną dłoń, kiedy najbardziej tego potrzebowały. Dziś jednak ciążą na nim zarzuty o pedofilię – i mimo że są przekonujące, Chyłka nie jest gotowa uwierzyć w jego winę.Wraz z Kordianem podejmuje się jego obrony, choć ten ma poważne wątpliwości co do nie...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio