Na Trójstyku, Afryka Północna
Nie słyszę krzyku. Pielęgniarka słyszy. Anestezjolog też. Jestem zbyt głęboko w strefie – w strefie, w którą mogę wejść tylko na sali operacyjnej, kiedy już przeciąłem mostek i moje dłonie są we wnętrzu klatki piersiowej pacjenta, w tym przypadku kilkunastoletniego chłopca.
To jest mój dom, moje biuro, moje sanktuarium. Tutaj jestem w stanie zen.
Kolejne krzyki. Strzelanina. Śmigłowce. Eksplozja.
– Panie doktorze?
Słyszę panikę w głosie pielęgniarki. Ale się nie ruszam. Nie odwracam wzroku. Moje dłonie, najstarszy przyrząd medyczny znany ludzkości, są we wnętrzu klatki piersiowej, mój palec wskazujący dotyka osierdzia. Jestem na tym całkowicie skupiony, tylko na tym. Nie rozbrzmiewa tu żadna muzyka. Wiem, że to dziwne, bo we współczesnych salach operacyjnych zawsze coś gra, ja jednak delektuję się ciszą w tej świętej przestrzeni, nawet jeśli przeprowadzamy transplantację serca, która trwa osiem godzin. To irytuje moich współpracowników. Potrzebują czegoś, co odwróci ich uwagę, rozerwie, zabawi, ale to dla mnie problem. Nie chcę, by cokolwiek mnie rozpraszało. Właśnie dzięki temu całkowitemu skupieniu osiągam perfekcję i radość.
Tylko że dźwięki nacierają.
Gwałtowny ogień z karabinu maszynowego. Kolejna eksplozja. Głośniejsze krzyki.
Są coraz bliżej.
– Panie doktorze? – Z drżącego głosu przebija paniczny strach, ale nie reaguję. – Marc?
– Nic na to nie poradzimy – mówię.
Co nie jest żadnym pocieszeniem.
Osiem dni temu ja i Trace zjawiliśmy się w Ghadamisie. Przylecieliśmy na lotnisko Hamaniego Dioriego w Niamey w Nigrze, gdzie czekali na nas młoda kobieta o imieniu Salima – jeśli to było jej prawdziwe imię – i przysadzisty kierowca, który nie raczył się przedstawić i nie odezwał się do nas ani słowem. Przez dwa długie dni jechaliśmy w czwórkę na północny wschód; najpierw spaliśmy w kryjówce w pobliżu Agadezu, a potem w namiotach w Bilmie. Kierowcę zostawiliśmy w północnym Nigrze, po czym podróżowaliśmy przez pustynię nocą, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie czekał na nas następny samochód.
Salima i Trace mają się ku sobie. Nie dziwi mnie to, bo Trace jest prawdziwym casanovą, nawet otoczony śmiercią… Cóż, może właśnie dlatego.
Kiedy jesteś blisko śmierci, najmocniej czujesz, że żyjesz.
Salima prowadziła nas stale na północ, wzdłuż granicy między Algierią i Libią. Na wchód od Dżanatu zatrzymało nas sześciu uzbrojonych po zęby bojowników. Wszyscy byli młodzi – mieli nie więcej niż kilkanaście lat – i wyglądali tak, jakby zażyli silne narkotyki. Nazywano ich Dziecięcą Armią. Niemal wyczuwałem zapach krwi. Wybałuszając nienaturalnie oczy, pochwycili najpierw mnie, a potem Trace’a.
Kazali mi uklęknąć i przystawili pistolet do mojej głowy.
Miałem umrzeć jako pierwszy, tak by Trace na to patrzył. Potem przyszłaby jego kolej.
Zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie twarz Maggie i czekałem, aż ktoś pociągnie za spust.
Dziecięca Armia nas nie zabiła. Salima, która zna biegle co najmniej cztery języki, upadła na kolana i zaczęła szybko coś mówić. Nie wiem dokładnie, co powiedziała – nie chciała nam tego zdradzić – ale nastoletni żołnierze zostawili nas w spokoju i poszli dalej.
Jeszcze więcej krzyków. Więcej strzałów. Coraz bliżej. Staram się spieszyć.
Nie powiedziałem Maggie prawdy o tym, jak ryzykowna – pod różnymi względami – będzie ta ostatnia misja, nie dlatego, że chciałem jej oszczędzić zmartwień, lecz z powodu obietnicy, którą złożyliśmy sobie nawzajem. Nalegałaby, żeby jechać ze mną.
Tak właśnie jesteśmy zbudowani, Maggie i ja.
Zastanawiacie się, co czyni z człowieka bohatera? Na pewno altruizm, to jasne. Ale również ego, lekkomyślność i szukanie wrażeń.
Trace, wciąż z maską chirurgiczną na twarzy, wsuwa głowę do namiotu.
– Marc?
– Ile mamy czasu?
– Spalili północną część obozu. Nie żyje już kilkadziesiąt osób. Salima wyprowadza wszystkich.
Spoglądam na pielęgniarkę i anestezjologa.
– Idźcie – mówię.
– Nie uratuje go pan – odpowiada pielęgniarka, ruszając do wyjścia. – Nawet jeśli zdąży pan skończyć operację, oni nie pozwolą mu żyć.
Nie wiem, kim są ci „oni”. Nie znam uzasadnień, początków, historii, frakcji, plemion, wodzów, fanatyków, ekstremistów, niewinnych. Nie wiem, kim są dobrzy ani kim są źli, dlaczego ci ludzie są w obozie dla uchodźców, która strona to ciemiężcy, a która to ciemiężeni. Nie dlatego, że nie interesuję się polityką – po prostu dla Maggie, Trace’a i dla mnie to nie powinno mieć znaczenia.
Kontynuuję operację piętnastoletniego chłopca o imieniu Izil. Mam nadzieję, że każdy, kogo ratuję, jest niewinny, choć jednocześnie w to wątpię. Naszym zadaniem nie może być rozstrzyganie, kto jest po której stronie. Naszym zadaniem, mówiąc krótko i niezbyt górnolotnie, jest ratowanie życia. Mówią: „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. To niemal całkowite przeciwieństwo tego, czym my się kierujemy – ratujcie wszystkich, Bóg rozpozna… Rozumiecie, co mam na myśli?
Nie jestem „po obu stronach”. Nie jestem po żadnej ze stron.
– Marc – odzywa się Trace.
Patrzymy sobie w oczy znad masek chirurgicznych. Znamy się od wielu lat. Razem odbywaliśmy szpitalny staż. Nieśliśmy pomoc medyczną podczas kryzysów humanitarnych – takich jak ten – we wszystkich częściach świata. Trace jest jednym z najbardziej utalentowanych kardiochirurgów na świecie.
– Pomogę ci to zamknąć – mówi.
– Radzę sobie.
– Poczekamy.
Kręcę głową, ale on wie.
– Zostawcie mi ambulans – proszę. – Nie będą strzelali do ambulansu.
Obaj wiemy, że to już nieprawda, nie we współczesnym świecie.
Nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać. Nie powinienem był na to pozwolić. Powinienem był zająć się naszym biznesem, pożegnać się i wrócić do domu.
Powinienem być z Maggie.
Nie żegnam się z Trace’em. On też wychodzi bez słowa.
I widzę go po raz ostatni.
Kilka sekund później w sali zostaję tylko ja z Izilem. Spieszę się, bo głupio zakładam, że zdążę. Zamykam właśnie klatkę piersiową chłopca, gdy drzwi otwierają się z hukiem.
Do środka wpadają uzbrojeni bojownicy. Nie wiem ilu. Wszyscy mają obłęd w oczach. Widziałem już ten wzrok. Zbyt wiele razy. Widziałem go kilka dni temu na wschód od Dżanatu.
I widzę go czasami, gdy patrzę w lustro.
Zamykam oczy, wyobrażam sobie twarz Maggie i czekam, aż ktoś pociągnie za spust.
ZANIM POWIESZ ŻEGNAJ
„Zanim powiesz żegnaj” to suspens na miarę Oscara!Niezłomna kobieta uwięziona w sieci kłamstw, którą sama pomogła stworzyć.Poszukiwanie prawdy, za której ukrycie globalne elity są gotowe wiele zapłacić.Ucieczka, która jest jedyną szansą na przeżycie.Maggie McCabe zawsze żyła na krawędzi. Tylko człowiek z nerwami ze stali może zostać chirurgiem wojskowym, a tylko geniusz – zdoby...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book · audio