MAZOWSZE, OKOLICE PŁOCKA,
GRUDZIEŃ 1863 ROKU
Uciekinier wstrzymał konia i starając się opanować drżenie ciała przemarzniętego do szpiku kości, wytężył słuch. Cały zgiełk bitwy – pokrzykiwania kozaków, huk wystrzałów i wizg kul, wołanie o pomoc i jęki rannych, a potem odgłosy bezładnego odwrotu polskiego oddziału oraz rosyjskiej pogoni – wreszcie ucichł. Wokoło szumiał zasypany śniegiem las.
Kurczowo ściskając wodze, obejrzał się za siebie: wiódł drugiego wierzchowca, a przytulony do jego grzywy mężczyzna z trudem utrzymywał się w siodle i trawiony gorączką, mruczał coś niezrozumiale.
Zaspy stawały się coraz większe i zmęczone zwierzęta z trudem przedzierały się przez dzikie ostępy. Wycieńczony uciekinier zsiadł z konia: musiał przejść choć kawałek, aby nie zasnąć.
Zaczynał tracić nadzieję. Ganił się za to nieustannie i w końcu, aby całkowicie nie popaść w zwątpienie, zaczął modlić się do Najświętszej Panienki; jeśli ktoś mógł ich uratować, to tylko ona. Musiała mieć wobec nich jakieś plany, skoro nie pozwoliła, aby utopili się w Wiśle, jak ich towarzysze walki. Skoro pomogła im umknąć kozackiej pogoni.
Ranny wykrzyknął coś w malignie.
W oddali rozległo się przeraźliwe wycie. Po chwili do pierwszego wilczego głosu dołączył drugi, wreszcie trzeci i czwarty. Wierzchowiec nerwowo zastrzygł uszami, a uciekinier zmartwiał. Co prawda, miał broń, ale cały proch zamókł, kiedy wyciągał rannego towarzysza ze sterty trupów leżących na brzegu Wisły. Szablę stracił jeszcze w bitwie.
Z rozpaczą wsłuchiwał się w skowyt, który mógł im zwiastować potworną śmierć, kiedy nagle uświadomił sobie, że dobiega go jeszcze inny odgłos – swojskie szczekanie podwórzowych psów.
Nie wiedział, jak długo trwała wędrówka, ale był już środek nocy, kiedy ujrzał pierwsze zabudowania. Wjechał w długą wierzbową aleję. Rosochate drzewa przybierały w ciemności dziwne, często przerażające kształty, ale on nie czuł strachu, tylko lekkość w sercu. Wyraźnie widział stary dwór, w którym jego przyjaciel osiadł po śmierci ojczyma. Nigdzie nie było żywego ducha, nawet kiedy podjechali pod samo wejście.
Uciekinier zeskoczył z konia tak zręcznie, jakby cudem odzyskał siły, zaczepił wodze obu wierzchowców o żerdź wystającą z płotu, a następnie trzema susami pokonał schody i załomotał w drzwi.
Odpowiedziała mu cisza. Nie namyślając się, zaczął uderzać znowu, tym razem bezładnie i nieprzerwanie. Wreszcie usłyszał odgłos ciężkich kroków.
– Kto się tłucze po nocy?! Gadaj, bo strzelam!
– Ambroży? – Choć był półprzytomny, rozpoznał głos najstarszego sługi we dworze. – Powiedz panu...
– To panicz?! – zapytał z niedowierzaniem służący. – Wszelki duch Pana Boga chwali! Jasiek, leć budzić pana!
Ktoś, tupiąc głośno, pobiegł w głąb domu, zaś Ambroży jeszcze przez chwilę mocował się z zamkiem. Wreszcie drzwi stanęły otworem; uciekinier natychmiast poczuł przyjemne ciepło idące z wnętrza, przymknął oczy.
– Proszę wchodzić – ponaglił służący, przyświecając mu lampą naftową.
– Nie jestem sam...
Nie zdążył dokończyć, kiedy usłyszał skrzypienie drewnianych schodów, a po chwili w sieni pojawił się młody postawny mężczyzna owinięty szlafrokiem.
– To ty?! – zapytał, podnosząc lampę. – Skąd się wziąłeś? – Spojrzał na jego poszarpany, uwalany krwią kożuch i zaraz dodał cicho: – Byłeś nad Wisłą?
– Tam. – Drżącą ręką wskazał za siebie; przy koniach już kręcili się ludzie. – Tam jest... ranny... ratuj go, proszę... – Kurczowo chwycił dłoń przyjaciela.
– Dajcie go tutaj! – Gospodarz uwolnił się z uścisku i wyjrzał na zewnątrz. – Ambroży, wołaj Genowefę.
– Nie trzeba wołać, już jestem. – Siwowłosa ochmistrzyni dreptała pospiesznie w ich kierunku, a kiedy dotarła, pochyliła się nad rannym, którego dwaj służący wnieśli do domu. – Szybko do izby przy kuchni. Pan też pójdzie z nami. – Spojrzała na uciekiniera. – Trzeba sprawdzić, czy wszystko dobrze i koniecznie pana rozgrzać. Gorące mleko z miodem będzie w sam raz. Idziemy! Proszę się nie ociągać.
– Idź – mruknął gospodarz. – Genowefa nigdy nie powtarza dwa razy. A ja zajrzę do matki, bo niedomaga. Potem porozmawiamy.
Kiwnął głową i z trudem powlókł się za służbą. W kuchni pachniało świeżym chlebem. Przełknął ślinę, przypominając sobie, że ostatni raz jadł kilka godzin przed bitwą. Nagle zakręciło mu się w głowie, ciężko opadł na pierwsze z brzegu krzesło i natychmiast stracił pewność, czy to wszystko, co dzieje się wokół niego, jest jawą, czy już snem.
W pomieszczeniu panował rozgardiasz, jacyś ludzie biegali we wszystkie strony, wykonując polecenia Genowefy, która komenderowała nimi niczym generał.
Nagle zorientował się, że ktoś – chyba Ambroży – zamierza ściągnąć z niego kożuch; przez chwilę opierał się z obawy, że znowu dopadnie go mróz, ale kiedy uświadomił sobie, że nocna wędrówka nareszcie się skończyła, ustąpił. Od gładko uczesanej rumianej kobiety dostał kubek gorącego mleka. Ambroży chciał dać mu gorzałki, ale ochmistrzyni, która akurat wyszła z sąsiedniej izby, aby zażądać kolejnego wiadra ciepłej wody, stanowczo zaprotestowała.
– Żyje? – Z trudem wydusił z siebie pytanie.
– Żyje. – Starsza kobieta dobrotliwie poklepała go po ramieniu. – Szybko się wyliże.
– Bogu dzięki – szepnął, a potem głowa opadła mu na blat stołu i zasnął kamiennym snem.
Obudziły go czyjeś kroki. Uniósł głowę i potarł oczy, zanim jeszcze całkowicie oprzytomniał; kudłaty kożuch, którym był okryty, zsunął się na ziemię. A on, za żadne skarby świata, nie umiał przypomnieć sobie, gdzie jest i skąd właściwie się tu wziął. Najpierw wydawało mu się, że nadal brnie przez leśne ostępy, ale przyjemne ciepło wionące od kaflowej kuchni rozwiało senne majaki.
Rozwarł powieki, rozejrzał się wokoło i wtedy przypomniał sobie przywitanie w domu przyjaciela. Jeszcze raz podziękował w myślach Najświętszej Panience za to, że prawdziwa przyjaźń umie przetrwać wszystko. Nawet różnicę poglądów i awanturę o kobietę.
Usiadł prosto. Z sąsiedniej izby, przez szparę w drzwiach, sączyło się światło. Słyszał też przyciszone głosy. Nie mógł zrozumieć słów, ale i tak odetchnął z ulgą; skoro Genowefa rozmawiała z kimś tak spokojnie, rannemu nie mogło grozić niebezpieczeństwo. Przynajmniej na razie.
– Obudził się panicz? – Do kuchni znowu zajrzał Ambroży. – Posłałem łóżko na górze, będzie wygodniej. A mus dobrze odpocząć po takiej drodze.
Bardziej od snu potrzebował tytoniu. Nie miał w ustach papierosa od wielu dni i czuł, że jeśli zaraz go nie dostanie, na pewno oszaleje.
– Macie może co zapalić? – zwrócił się do służącego.
– A juści – odparł Ambroży i wyciągnął z kieszeni płócienne zawiniątko, w którym znajdowały się robione samodzielnie skręty i zapałki. – Niech panicz bierze, ile potrza.
– Wyjdę na zewnątrz, jeśli pozwolicie.
– Tu zaraz, z korytarza są tylne drzwi. – Ambroży wskazał mu drogę.
Podniósł się z krzesła i przez chwilę stał w bezruchu, próbując zapanować nad słabością i drżeniem nóg. Włożył kożuch i ruszył za służącym.
– Zaraz wrócę – powiedział, kiedy wyszedł do ogrodu zasypanego śniegiem.
Świt musiał być blisko, ponieważ niebo zaczynało się przejaśniać, ale mróz nadal nie odpuszczał. Uciekinier wzdrygnął się z zimna i stawiając kołnierz okrycia, pomyślał, że na szczęście zaraz wróci do ciepłego domu.
Wyciągnął papierosa z zawiniątka i zapalił. Zaciągnął się łapczywie, aż po samo dno płuc, a potem, wolno wydmuchując dym, rozejrzał się dokoła. Róże, które były niegdyś dumą matki gospodarza, rosły do tej pory i zostały na zimę szczelnie owinięte słomą. Tak samo jak liczne drzewa owocowe.
Zaciągnął się jeszcze parę razy, a potem podszedł do płotu, aby zerknąć na podwórze. Nie miał żadnych złych przeczuć, ot po prostu zamierzał sprawdzić, czy wszystko wygląda tam, jak przed laty.
Wystarczył jednak rzut oka, aby cofnął się i ukrył za węgłem. Wyrzucił wciąż tlącego się papierosa w śnieg, wstrzymał oddech i wyjrzał jeszcze raz.
Przed wejściem do dworu działo się coś niepokojącego.
Warszawianka. Od zmierzchu do świtu
Karnawał 1894 roku. Warszawa bawi się w najlepsze. Każdego dnia w wielkich salach i domach prywatnych odbywają się przyjęcia, rauty i maskarady. Matki robią wszystko, aby znaleźć odpowiednich mężów dla córek, a ojcowie liczą ruble przeznaczone na posagi.Radosny nastrój przerywa morderstwo. W trakcie balu w Resursie Obywatelskiej, ginie Józefina Majerowa, wyrocznia w sprawach mo...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book