Dobrze pamiętał ten dzień, kiedy został ogłoszony wyrok śmierci. Skazańcem był jeden z najpotężniejszych satrapów świata, a sąd kapturowy składał się z pięciu mężczyzn ukrytych w półmroku.
Każdy z nich siedział poza kręgiem światła. Ich kształty były zatem rozmyte. Małe biurkowe lampy wyraźnie oświetlały dłonie o zadbanych paznokciach, spięte spinkami mankiety białych koszul, kartki pokryte maszynowym pismem odbitym przez kalkę oraz dwie wielkie popielnice z dymiącymi papierosami i cygarami. Wzdłuż obu dłuższych boków konferencyjnego stołu obitego zielonym suknem siedziało po dwóch mężczyzn. U szczytu stołu – tylko jeden. Jego duże sękate palce bębniły po blacie – bardzo powoli, w jednostajnym rytmie. Elektryczne światło błyskało na złotym sygnecie amerykańskiej Akademii Marynarki Wojennej. Jego właściciel przewodniczył temu zebraniu.
Szósty mężczyzna siedział w kącie gabinetu, z dala od innych. Nie miał przed sobą stolika, lecz tylko onyksową popielnicę osadzoną na długiej żelaznej nodze. Strząsał popiół i starał się zrozumieć każde słowo, które padało od stołu. Nie było to łatwe, choć angielskich dialogów słuchał po kilka godzin dziennie. Lecz wymowa, którą w ciągu roku nauki języka angielskiego słyszał codziennie, była oksfordzka – bezbłędna, nieco pretensjonalna i rozpięta na wysokich tonach. Dzisiaj natomiast brzmienie słów było zniekształcone typowym amerykańskim bulgotem. Z trudem zatem wyłapywał idiomy i rozdzielał w myślach jednosylabowce, które stapiały się ze sobą w porywistym nurcie wypowiedzi. W silnym skupieniu przesuwał palcami po skroniach tak, jakby skórę na czole chciał naciągnąć na głowę. Czuł, jak napinają mu się blizny na twarzy i przypominają boleśnie ten dzień pod koniec wojny, kiedy to w Hamburgu przykleiła mu się do policzków płonąca papa zerwana z dachu podmuchem bomby.
Nie dbał jednak teraz o przykre wspomnienia. Najważniejsze było to, że – mimo brawurowego akcentu ze Środkowego Zachodu – rozumiał prawie wszystko. To, co słyszał, było arcyważne, warte nie tylko lekkiego bólu twarzy, ale nawet najwyższych poświęceń.
– Pewnie się zastanawiasz, Jerry, kiedy nastąpi ten wyjątkowy dzień. – Przewodniczący zebrania spojrzał na jednego z mężczyzn siedzących przy stole. – Jeszcze nie wiemy dokładnie. Na pewno to będzie w przyszłym roku: wiosną lub latem. W odróżnieniu od terminu miejsce jest nam dobrze znane.
Przesunął po blacie pliki fotografii spięte spinaczami. Każdy z czterech zestawów trafił do właściwego adresata.
Mężczyźni przeglądali powoli zdjęcia. Wszystkie przedstawiały gigantyczną okrągłą budowlę. Jej wsparta na czterech filarach kopuła składała się z kilku połączonych wielką liczbą betonowych żeber pierścieni o zmniejszającej się ku górze średnicy, co upodobniało ją nieco do piętrowego tortu. W jej przepastnym wnętrzu widać było rzęsiście oświetloną scenę, gdzie trwało jakieś teatralne widowisko. Ludzie tłoczyli się wokół niej, tworząc gęstą czarną masę, z której tu i ówdzie wystawały białe plamki. Na jednym ze zdjęć, mocno powiększonym, owe plamki zamieniły się w letnie kapelusze pań i panów.
Mężczyźni przy stole oglądali zdjęcia z zainteresowaniem. Tylko jeden z nich przerzucił je szybko, jakby tylko sprawdzał, czy ich liczba się zgadza.
– Powiesz coś o tym, Bill? – przewodniczący zebrania zwrócił się właśnie do niego.
– Już mówię – mruknął cicho indagowany, położył na stole teczkę z wytłaczanej skóry i wyjął z niej notatki. – Otóż ta budowla nazywa się Hala Ludowa i stoi w polskim mieście Wrocław, które jeszcze dwa lata temu było niemieckie i nazywało się Breslau. A hala ta nie była wtedy „ludowa”, lecz „stuletnia”. W przyszłym roku zostanie w niej zorganizowana wielka impreza propagandowa i jakaś wystawa, na którą zostali zaproszeni komunizujący intelektualiści Europy z Pablem Picassem na czele. Wszyscy mają wzywać do pokoju na świecie i krytykować amerykański imperializm. Z pewnością będą tam śpiewać peany na cześć wujka Joego i dziwne byłoby, gdyby...
– Gdyby wujka Joego tam zabrakło – dokończył za niego prowadzący.
– Tak. Oddano ją do użytku w roku tysiąc dziewięćset trzynastym, a zbudowano błyskawicznie, w ciągu dziewiętnastu miesięcy, licząc od dnia wylania fundamentów. Jak widać na zdjęciach, to budowla betonowa, o surowych ścianach, na których zachowały się nawet odbicia desek. Jest wielka i podobna do rzymskiego Panteonu, który jest na zdjęciu numer dwa...
– Czyżby miała też świątynny charakter? – przerwał mu jeden z mężczyzn. – Tak jak Panteon?
– Jej sakralny charakter jest nieoczywisty. – Ściany pokoju, obite specjalnymi płytkami, wchłaniały głos referenta. – Niektórzy uważają, że jest to świątynia masońska albo teozoficzna jak przybytek na cześć Goethego, czyli niezwykłe – zdaniem niektórych – wyjątkowo szkaradne Goetheanum w szwajcarskim Dornach, na zdjęciu numer trzy.
Zapadła cisza. Wszyscy wokół stołu wpatrywali się teraz w szwajcarską dziwaczną budowlę zaprojektowaną przez słynnego mistyka Rudolfa Steinera. Było w niej coś tajemniczego. Gdy zostało zrobione to zdjęcie, rozszczepione promienie wschodzącego słońca otaczały ją od tyłu niezwykłą aureolą.
– Tak samo wygląda ta wrocławska bryła, kiedy o wschodzie słońca patrzymy na nią od frontu. – Autor raportu postukał paznokciem w kolejne zdjęcie. – Goetheanum oraz Hala Ludowa zostały zbudowane tak, by ich wejścia były od zachodu, a sceny od wschodu. To typowa oś wschód – zachód jak w świątyniach średniowiecznych. Od zachodu wejście, od wschodu ołtarz. Ex oriente lux[1]. Hala wrocławska oświetlona wschodzącym słońcem robi równie ponadnaturalne, potężne wrażenie jak świątynia Goethego.
– Jest naprawdę niezwykła. – Szef przesunął dłonią po granatowym rękawie, na którym ponad czterema złotymi paskami, jednym szerokim i trzema węższymi, wyszyta była gwiazdka. – Jej siła wyrazu budzi niepokój nawet polskich komunistów. Niedawno na pewnym tajnym zebraniu w Warszawie podjęto osobliwą decyzję, by postawić przed nią stumetrową stalową iglicę. Zlecono to znanemu architektowi profesorowi Stanisławowi Hemplowi. Nasz agent infiltrujący władze Warszawy, w tym Biuro Odbudowy Stolicy, w którym pracuje Hempel, dotarł do tego zlecenia. Tak oto wyjaśniono w nim potrzebę zbudowania stalowego obiektu – włożył okulary i zaczął czytać – „By ta iglica, ten symbol nowej Polski, wzbijająca się ku niebu, wizualnie rozciął wpół pomnik germańskiej pychy i pozbawił betonową bryłę tajemniczej i złowrogiej mocy. Aby każdy, kto by szedł do Hali Ludowej od frontu, widział najpierw polską igłę, która rozłupuje od stóp do głów niemieckiego giganta”.
Zapadła cisza. Zebrani zaczęli się niecierpliwić. Byli ludźmi czynu i opowieści o tajemnych siłach na rozstajach dróg i o potężnych energiach czakramów budziły w nich umiarkowany entuzjazm. Przewodniczący podał referentowi raport polskiego agenta i spojrzał na ludzi przy stole.
– Polacy rozbiją tę budowlę symbolicznie – zabębnił palcami po blacie – a my rozwalimy ją w jednym miejscu, ale dosłownie. Pogrzebiemy pod zwałami betonu nie tylko kilku pożytecznych idiotów Stalina, ale i jego samego... A jak tego dokonamy? O tym nam już powie tajemniczy pan, który jest tu z nami i nadzwyczaj dużo pali.
Wzrok szefa powędrował w kąt pokoju. Ku mężczyźnie z bliznami na obliczu zwrócili swe spojrzenia również pozostali czterej uczestnicy zebrania. Wezwany zdusił papierosa i wstał ciężko. Wszedł w plamę światła, a potem usiadł u szczytu stołu naprzeciwko szefa. Badawcze spojrzenia zawisły na jego kwadratowej szczęce, na pokrytych bliznami policzkach i na gęstych szpakowatych włosach, które układały się w lekkie fale. Mężczyzna był masywny, szeroki w barach i ubrany wizytowo – w nienagannie skrojony smoking i muszkę pod szyją.
– Przedstawiam wam agenta, który od dwóch lat dla nas pracuje – powiedział prowadzący spotkanie. – To człowiek, który o Hali Ludowej wie wszystko.
– Wolałbym określenie Hala Stulecia – zaprotestował mężczyzna z silnym niemieckim akcentem.
Chciał coś jeszcze dodać, ale głos uwiązł mu w gardle. Pamięć odmówiła mu posłuszeństwa. Zabrakło mu angielskiego wyrazu. Kiedy nad nim myślał poganiany niecierpliwymi spojrzeniami, zalała go fala wspomnień wywołana najpewniej pochlebstwem, iż „wie wszystko”. Rzeczywiście ani Hala Stulecia, ani miasto, w którym została zbudowana trzydzieści cztery lata wcześniej, nie miały przed nim żadnych tajemnic. Żył we Wrocławiu lat równo czterdzieści, aż do momentu, kiedy został on obrócony w perzynę przez rakiety wyrzucane przez tak zwane organy Stalina. Mieszkał w kilku różnych dzielnicach, w różnych mieszkaniach. Znał właściwie wszystkie ich rodzaje – od gnijących od wilgoci poddaszy, poprzez domki w małych sadach, do wspaniałych wielopokojowych apartamentów pełnych wyszukanych wygód, takich jak winda dostarczająca posiłki, wanny o złoconych kurkach czy porcelanowe bidety. W nędznym izbach – jako student – roił o karierze naukowej, w nieco lepszych pokojach – świętował swe kolejne policyjne awanse, a najczęściej oddawał się rozpuście i pijaństwu. W ciemnych norach, gdy leżał u boku prostytutek, marzył o rodzinie i życiu małżeńskim, a w późniejszych apartamentach jego dwa małżeństwa rozkwitły w miłości, by później zgnić w rozpaczy i frustracji.
Ulice Wrocławia też były świadkami jego triumfów i upadków. Po melinach mówiono o nim z pogardą lub ze strachem, nigdy obojętnie; w nielegalnych gorzelniach i tajnych klubach dla zboczeńców wystawiano czujki, by móc zawczasu ostrzec swych bywalców, których traktował bezwzględnie i brutalnie. Bandyci nie wchodzili mu w drogę, a dziwki przymilały się z daleka. Wszyscy go znali. Kierował policją kryminalną we Wrocławiu, który później przez jednego szaleńca został zamieniony w twierdzę, a przez drugiego podeptany i spalony żywym ogniem.
Przywołał go do porządku czyjś ostry głos:
– Pułkowniku, jest pan jeszcze z nami czy pańskie myśli całkiem odleciały?
– To bardzo długa opowieść, panowie. – Szpakowaty odpędził obrazy lat minionych. – A my chyba nie mamy zbyt wiele czasu...
– Aby nam wyjaśnić, jak podłożyć bombę, która zwali Stalinowi na łeb ten bunkier o żebrach dinozaura – jeden z mężczyzn spojrzał na zegarek – musi pan snuć długie opowieści?
Szef wyprostował się, obszedł stół dokoła i stanął za agentem. Oparł mu dłoń na ramieniu. Znów zalśnił sygnet z napisem Ex scientia tridens[2].
– Mamy czas – spojrzał karcącym wzrokiem na zniecierpliwionego współpracownika – proszę mówić, pułkowniku, tak długo, jak pan chce. Proszę nie pomijać żadnych szczegółów. Nikt panu nie będzie przerywał, a potem mój szofer odwiezie pana do lokalu, gdzie przygotowałem dla pana prezent urodzinowy.
Nachylił się nad wrocławianinem i szepnął łamaną niemczyzną:
– Jest blondynką i będzie czekać na pana choćby do rana.
Jubilat uśmiechnął szeroko i zaczął mówić.
– Wszystko się zaczęło w czasie budowy Hali Stulecia. Był ciepły majowy wieczór roku tysiąc dziewięćset dwunastego, równo rok przed uroczystym otwarciem hali...
Słuchali go w skupieniu, a czas płynął. Myślami przenieśli się do nie znanego im miasta wydzielającego ciężką woń bzów i wilgoć z wielkiej rzeki, czterech jej dopływów i całej masy cieków i strug. Opowieść była tak sugestywna, że przenieśli się w czasie i na chwilę zapomnieli, że jest osiemnasty dzień września czterdziestego siódmego roku i znajdują się w Waszyngtonie. Nie pamiętali, że kilka godzin wcześniej została uchwalona Ustawa o bezpieczeństwie narodowym. Zgodnie z nią powołano do życia Narodową Radę Bezpieczeństwa oraz Centralną Agencję Wywiadowczą. W ciemnym pokoju znajdowali się jej szef admirał Roscoe Hillenkoetter oraz jego czterech najbliższych współpracowników.
Szósty uczestnik spotkania, były niemiecki policjant, a obecnie funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu, obchodził tego dnia swe sześćdziesiąte czwarte urodziny. Zamierzał je spędzić w ramionach sprzedajnej kobiety.
Takie najbardziej lubił.
Nazywał się Eberhard Mock.

Druga zmiana robotników opuszczała budowę Hali Stulecia. Zmęczeni mężczyźni w workowatych roboczych strojach rzucali majstrowi Wolfgangowi Kempskiemu krótkie „Nacht”, unosili robociarskie czapki z ceratowymi daszkami i opuszczali przebieralnie w barakach. Potem szli do bramy po długich deskach, spod których jesienią chlapało rzadkie błoto, a teraz wznosiły się tumany kurzu. Był poniedziałek dwudziestego maja tysiąc dziewięćset dwunastego roku.
Majster nasłuchiwał niskich głosów milknących w oddali. Lubił te chwile, kiedy powoli wszystko cichło i kolejny dzień intensywnej pracy przechodził w spokojną noc. Wtedy głaskał po głowie swego wiernego towarzysza, owczarka niemieckiego o imieniu Joop, i mówił do niego: „Chodź, stary, musisz do roboty. A ja tylko mały kieliszek pigwówki i też zaraz popracuję!”.
Ta ostatnia zapowiedź odnosiła się do dodatkowych obowiązków Kempskiego. Był on bowiem nie tylko majstrem, ale również stróżem nocnym. Ta funkcja pojawiła się niejako naturalnie – ze starego obyczaju przyznawania wędrownym murarzom tymczasowych kwater na miejscu budowy. Stary majster po prostu pilnował tego terenu, gdzie mieszkał.
Rodem z Lubania, z profesji – murarski obieżyświat. Dolnośląskich, a nawet górnośląskich, głównie przemysłowych obiektów wznosił wiele. Jednym z nich był Miejski Szpital dla Niemowląt przy Schulgasse[3] we Wrocławiu, zaprojektowany przez Maxa Berga. Ten sławny już wtedy wrocławski architekt i miejski radca budowlany zapamiętał dobrze fachowość majstra, jego świetny zmysł organizacyjny i wielki autorytet, jaki miał u robotników. Po oddaniu szpitala do użytku w roku tysiąc dziewięćset jedenastym Berg rozpoczął dzieło swego życia – Halę Stulecia – i ściągnął na jej budowę najbardziej zaufanych współpracowników. Na jego to wniosek Kempsky nie tylko został zatrudniony na odpowiedzialnym stanowisku majstra, ale również otrzymał do swej wyłącznej dyspozycji dobrze wyposażony barak, obok którego stała zamykana na kłódkę osobista wygódka. Skoro już zamieszkał na budowie, do swoich obowiązków nadzorcy pracy dziennej chętnie dołożył – to była kolejna propozycja Berga – i zajęcia nocne, tym bardziej że dzięki temu znacząco wzrosła jego tygodniówka.
Obowiązki stróża nocnego nie były specjalnie uciążliwe i tak naprawdę nie on je sprawował, ale jego długoletni przyjaciel Joop, który codziennie około wpół do jedenastej wieczór był spuszczany z łańcucha i znikał wśród belek, desek, szalunków i rusztowań. Krążył wzdłuż parkanu i reagował szczekaniem na najlżejszy ruch na zewnątrz. Jego pan natomiast – trzymając pod ręką górniczy kilof – zapadał na twardej kozetce w spokojny, ale i czujny sen, z którego raz na jakiś czas wyrywało go szczekanie psa. Wtedy wstawał, wychodził na zewnątrz i w elektrycznym świetle rozstawionych wokół budowy latarń rozglądał się uważnie. Stwierdzał zwykle, że pies po raz kolejny szczeka albo na jakieś zwierzę wychylające się z parku Szczytnickiego, albo na zmęczonego pijaka, najpewniej parobka, który akurat urynuje pod płotem, by potem chwiejnym krokiem wrócić na pobliski folwark Zielony Dąb. Stróż robił wtedy obchód, po czym wracał na swą kozetkę i zamykał oczy w łagodnym półśnie. Dobiegał sześćdziesiątki i nie musiał spać tyle co młodzieniec. Wystarczyło mu codzienne osiem godzin przerywanego obchodami snu, a zmęczenie odsypiał w te rzadkie dni, kiedy budowy pilnował jego dochodzący z miasta zmiennik.
Podczas dzisiejszego dyżuru pierwszy alarm nastąpił o wpół do jedenastej, czyli krótko po opuszczeniu budowy przez ostatniego robotnika. Spowodował go włóczęga, który ukrył się w składzie pił mechanicznych, desek i rusztowań. Uniknął czujności Joopa najpewniej wtedy, gdy ten znajdował się na drugim końcu budowy, od strony Grüneicher Weg[4], dokąd dochodził do jego receptorów węchowych ostry odór zwierząt z pobliskiego ogrodu zoologicznego. Niedługo się cieszył ów włóczęga spokojnym snem. Nadzwyczaj bowiem obowiązkowy pies prychnął w końcu pogardliwie na woń egzotycznych zwierząt i ruszył w swą okrężną drogę wzdłuż parkanu. Natychmiast wywęszył śmierdzącego bezdomnego i – kiedy jego pan właśnie zapadał w drzemkę po wypiciu naparstka pigwówki – wydał ze swego gardła potężne szczekanie i głęboki warkot. Stróż wyskoczył z baraku, pobiegł do ogromnej szopy, skąd dochodziły hałasy, po czym ledwie uratował włóczęgę od śmierci, wyrzucając go z terenu budowy. Spodni jego nie ocalił.
Po obchodzie, jakiego natychmiast dokonał, wrócił do swego baraku, zasnął szybko jak zawsze, ale równie szybko się obudził. Działo się coś dziwnego. Pies nie szczekał mimo jakichś odległych metalicznych dźwięków.
Kempsky nie był człowiekiem strachliwym. Poprawił pas na kombinezonie, na głowę nacisnął zdefasonowany kaszkiet, chwycił za kilof i wyszedł z baraku. Rozejrzał się w ostrym świetle lamp i gwizdnął na psa. Odpowiedziała mu cisza. Jedynym odgłosem, jaki dochodził do uszu stróża, były dźwięczne uderzenia po drugiej stronie budowy – jakby ktoś walił młotkiem w szyny, na których dwa dźwigi dzień w dzień objeżdżały dokoła wznoszoną halę.
Stróż zacisnął mocno usta, aż zatrzeszczała jego sztuczna szczęka, i napiął mięśnie ramion. Ruszył szybkim krokiem wokół hali, mijając młyny, które za dnia z hukiem mieliły granit na grys i żwir. Obszedł południowy łuk powstającej budowli sąsiadujący z Grüneicher Weg. W mocnym świetle widział belki, rusztowania i szalunki. Pomiędzy nimi zalegał głęboki cień, z którego nie dochodził blask mądrych psich oczu.
Majster drgnął gwałtownie. Na budowie zgasły lampy. Ktoś wyłączył światło. Nie cały plac był jednak spowity ciemnością. Przed głównym wejściem, nad którym wznosił się eliptyczny szalunek, będący zarysem tak zwanej Sali Cesarskiej, paliły się trzy świeczki.
Kempsky podszedł do nich, by zobaczyć, co oświetlają. Poczuł piekący ból w brzuchu. Jakaś gorzka klucha rozsadziła mu wnętrzności i napełniła usta ciepłą kwaśną treścią. Wymiociny, które z niego bluzgnęły, ochlapały łojówki. Za nimi wznosiła się klatka ze zbrojonych prętów. A w niej było coś, co sprawiło, iż stróż opadł ciężko na ziemię i poczuł, jak łzy cisną mu się do oczu.
Jego najlepszy przyjaciel leżał bez życia. Łapy ukochanego psa, którego wychował od małego, przywiązane były do prętów zbrojeniowych. Język zwisał z boku potężnej głowy, a miękki czarny nos wciąż jeszcze był wilgotny.
Pręty tworzyły prostopadłościan o przedłużonych krawędziach. Połączono je cienkim i mocnym drutem wiązałkowym, którego zwoje składowano koło biura. Gdyby klatka miała ściany zamiast pustych przestrzeni, powstałaby regularna trumna, w której spoczywałoby jeszcze ciepłe psie ciało.
– Mamy i dla ciebie taki druciany sarkofag – usłyszał Kempsky. – Prawdziwą ażurową trumnę.
Zdawało mu się, że rozpoznaje ten głos. Odwrócił się, a potem zapadła ciemność.
Kiedy się ocknął, poczuł zimny wiatr na policzkach i rozkołysany ruch podłogi. Śniło mu się, że płynie statkiem miotanym przez fale. Chciał jęknąć, ale wszelkie odgłosy stłumił knebel o smaku jego własnych wymiocin. Chciał poruszyć rękami, ale były one przywiązane do jakichś zimnych poprzeczek.
I wtedy wszystko stało się jasne. Znajomy głos, który usłyszał przed utratą przytomności, nie rzucał słów na wiatr. Kempsky ocknął się w sarkofagu ze zbrojonych prętów.
Cała budowa wciąż była zatopiona w ciemności, ale prąd elektryczny wykonywał swoje zadanie i wprawiał w ruch linę, na której wisiał kołyszący się lekko wózek. To w nim leżał Kempsky w swym drucianym więzieniu. Wagonik sunął ku górze po stalowej linie łączącej jeden z ruchomych dźwigów z wielkim masztem stojącym na środku przyszłej hali.
Wagonik wzniósł się wysoko, zakołysał i przybił do masywnego szalunku, który po zalaniu betonem miał się przemienić w jeden z czterech potężnych filarów wspierających kopułę. Teraz ta przyszła podpora była jedynie drewnianą konstrukcją z sosnowych desek, którą pod koniec tego dnia prawie całą zalano betonem. Szalunek ten o wysokości dwudziestu metrów przypominał z oddali trójkątny podwójny wafelek stojący na jednym ze swych wierzchołków, z tą wszakże różnicą, że zamiast ciasta z obu stron były ściany z desek, a zamiast słodkiego nadzienia – w szczelinie pomiędzy ścianami rozlewał się wciąż jeszcze nie zastygły beton wytworzony z cementu w opolskiej cementowni Silesia.
Po chwili do szczytu filaru przybił kolejny wagonik z dwoma mężczyznami. Kempsky naliczył ich w sumie pięciu. Szybko się nim zajęli. Jeden zablokował wózek, aby się nie kołysał, a czterech wytaskało z jego wnętrza trumnę z prętów wraz z zawartością. Ręce i nogi majstra były przywiązane do zbrojenia wielokrotnie zwiniętym drutem wiązałkowym. Światło latarki elektrycznej poraziło jego oczy.
– Nie będziesz torturowany – usłyszał głos, który znów wydał mu się znajomy. – Twoja śmierć będzie szybka, choć wcale nie taka znowu lekka. Nie starczyło już, chłopie, trucizny dla ciebie, bo pies był duży i musieliśmy go nafutrować wieloma zatrutymi frankfurterkami. Dlatego w pełni świadomy zanurzysz się i udusisz w płynnym betonie jak w rzadkim gównie. Nie mówiłbym tego, ale cię lubię, stary, chociaż jesteś Żydem.
Najpierw zepchnęli druciany sarkofag z psem. Z lekkim bulgotem zanurzył się w cementowej mazi i zniknął pod powierzchnią. Potem zaczęli z boku na bok przewracać trumnę z Kempskim. Stary majster umierał godnie. Kiedy wpadał do betonu, nie czuł strachu. Kiedy gęste lepiszcze zalewało mu oczy i wdzierało się do nosa, zrozumiał, po co te zbrojone pręty – aby nie osłabiać wytrzymałości filarów. Ciała utopionych istot wytworzyłyby wokół siebie jakieś bąble, jakieś bańki powietrzne, które osłabiłyby beton. A pręty wokół ciał wzmocnią go w tych miejscach.
Kiedy Wolfgang Kempsky się dusił, przyszła mu do głowy absurdalna myśl, że mordercy znają się na rzeczy – na sprawach budowlanych. I wtedy przypomniał sobie, skąd zna głos swojego oprawcy.
Na dnie szalunku, na spodzie jednego z filarów, spoczęły na zawsze dwie istoty – człowiek i jego naprawdę dozgonny przyjaciel.
[1] Światło ze wschodu (łac.).
[2] Potęga morska poprzez naukę (łac.).
[3] Obecnie ul. Hoene-Wrońskiego.
[4] Obecnie ul. Wróblewskiego.
Mock
Wrocław, rok 1913. Młody wachmistrz kryminalny Eberhard Mock może stracić wszystko. Dał się wplątać w obyczajowy skandal, grozi mu wyrzucenie z policji. Nie może pogrzebać kariery, zbyt wiele ma do stracenia. Z wściekłą determinacją rzuca się w wir śledztwa, które jest boleśnie nieprzewidywalne – albo ocali jego karierę, albo doprowadzi go do upadku. W Hali Stul...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book · audio