PO CO DO TEGO WRACAĆ?
Z dolnej szuflady biurka wyjmuję gazetę. Zdążyła pożółknąć. Zerkam na datę: 23 stycznia 2002 roku. Tego dnia już od południa kioskarze pytani o „Gazetę Wyborczą” bezradnie rozkładali ręce. Tytuł głównego tekstu, łamiąc proporcje strony, rozepchnął się wśród wiadomości o wzroście bezrobocia (17,4%), liczbie Polaków chcących wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej (ledwie 57%) i o nadziei dla cukrzyków (badania kliniczne nowego leku). Łowcy skór to był dobry tytuł: niewiele wyjaśniał, ale nie pozostawiał obojętnym i trafiał w sedno. Dwadzieścia lat później znów pochylam się nad sprawą zabójców z łódzkiego pogotowia.
Napisałem tę książkę, bo czuję niedosyt i niesmak. Niedosyt, ponieważ największa afera w wolnej Polsce nie wywołała w zasadzie żadnej konstruktywnej debaty, a jej namiastka nie wyszła poza informacyjną powierzchowność. Nie doczekaliśmy się o niej filmów, seriali, książek ani nawet analiz socjologicznych. Mam przekonanie, że warto – mimo upływu lat – ponownie włożyć kij w mrowisko, by z historii łódzkiego pogotowia dowiedzieć się czegoś o nas samych.
Wstyd przyznać, ale nawet na poziomie informacyjnym my, którzy ujawniliśmy aferę, w dłuższej perspektywie ponieśliśmy porażkę. Przez lata, podczas swoich rozmów o łowcach skór z ludźmi niezwiązanymi ze sprawą, coraz bardziej się przekonywałem, że większość z nich ma szczątkową wiedzę na temat tamtej zbrodni. W jakiejś mierze odpowiada za to ulotny i rozproszony charakter dziennikarskich newsów, ale przyczyną była też pewnie nasza ówczesna ostrożność w formułowaniu wniosków.
W rezultacie spora część społeczeństwa żyje w przekonaniu, że nekroafera nie przeszła z fazy domysłów i podejrzeń do etapu niezbitych dowodów i sądowych wyroków; o prawomocnie skazanych i liczbie ich ofiar wiedzą nieliczni. Z dwudziestoletniej perspektywy łatwiej też mówić o skali zjawiska. Najwyższa pora powiedzieć wprost: z powodu zbrodniczej działalności pracowników pogotowia życie mogło stracić ponad tysiąc pacjentów, a i ta liczba najprawdopodobniej jest znacznie zaniżona. Chciałbym się mylić, ale rzecz jest właściwie pewna – wskazują na to przytaczane w tej książce źródła: relacje i dokumenty. Część z nich to materiały nowe, część można było poznać wcześniej, ale do tej pory nigdy i nigdzie nie zebrano tej wiedzy w jednym miejscu i nie przedstawiono w logicznym, w miarę kompletnym łańcuchu przyczyn i skutków.
Prócz niedosytu czuję też niesmak, bo sprawa łódzkiego pogotowia, po początkowym niespodziewanym, acz zasłużonym sukcesie organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, później zamieniła się w ich sromotną klęskę, która w istocie jest klęską polskiego państwa. Ukarano nieliczną część zbrodniarzy. Osoby odpowiedzialne za stworzenie systemu, który umożliwiał zaistnienie procederu, pozostały zupełnie bezkarne, mogą nawet czuć się zwycięzcami.
Zależy mi na tym, aby pamiętano, że dwadzieścia lat temu było nas trzech. Reportaż Łowcy skór ujawniający aferę w łódzkim pogotowiu, podobnie jak wszystkie późniejsze publikacje w tej sprawie, napisałem wspólnie z Marcinem Stelmasiakiem (do dziś pracującym dla „Gazety Wyborczej”). W dziennikarskim śledztwie wspomagał nas Przemysław Witkowski, wówczas reporter Radia Łódź. Koleje losu i ludzkie wybory zdecydowały o tym, że dziś sam staram się opowiedzieć, wyjaśnić i samemu lepiej zrozumieć tę historię. Mam nadzieję, że Marcin i Przemek zgodzą się z zawartymi tutaj wnioskami.
W końcu to też historia o nas: dość młodych dziennikarzach, którzy nagle otarli się o sens istnienia tego zawodu i starali się wyzwaniu sprostać najlepiej, jak potrafili, ale po drodze zostali zmuszeni do podjęcia trudnych decyzji, na które nie mógł przygotować ich żaden podręcznik dziennikarstwa.
Na koniec ostrzeżenie: to nie jest rozrywka, jak prawie wszystko, co ma dziś związek z mediami. To raport z wydarzeń prawdziwych, choć niezwykłych. W opowieści tej nie zabraknie ludzi skłonnych do potwornych czynów, ale kto szuka potworów, może się zawieść. W tej historii przeważają pazerni tchórze.
Mimo że to smutna historia, ma ona również bohaterów pozwalających zachować nadzieję. Pomnikowych, choć mało kto o nich słyszał. Takich jak wicedyrektor i lekarz anestezjolog Janusz Morawski czy w konspiracji wertująca podejrzane historie śmierci pacjentów lekarka Renata Warężak-Kuciel. Anonimowych, którzy od środka próbowali sabotować powszechny, nieuchronnie zmierzający w stronę zbrodni system. Są wreszcie najbardziej interesujący z punktu widzenia opowieści ludzie z krwi i kości, którzy upadli i zdołali się podnieść. Tacy jak kierowca karetki, który brał „pogrzebowe” pieniądze, a później, targany wyrzutami sumienia, w amoku drukował i chciał wieszać na przystankach autobusowych ulotki ostrzegające mieszkańców miasta o tym, co się dzieje. Albo właściciel zakładu pogrzebowego, który przerwał korupcyjną współpracę z pogotowiem, gdy zrozumiał, że z tej przyczyny zmarło dziecko przykute do łóżka.
Podsumowując, nie jest to książka, która ma sprawić komuś czytelniczą przyjemność. Opisana tu historia z pewnością wzbudzi co najmniej dyskomfort, jeśli nie zgrozę. Tak musi być, bo jest prawdziwa.
Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu
Raport o zabójczym układziePracownicy pogotowia, przedsiębiorcy pogrzebowi i systemowa zbrodnia Zaczęło się od anonimu. Kartka A4. „Zestawienie zakładów pogrzebowych, które za łapówki przejęły prosektoria w łódzkich szpitalach”. Tomasz Patora wraz z dwoma innymi dziennikarzami rozpoczął śledztwo, które wkrótce ujawniło jedną z największych afer w historii III RP. Handel inform...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book