Trześniowy
Dunaj wyje. A one już tu są, takie, jakie je pamiętam – głodne, ruchliwe. Błyszczą, jakby ich skrzydła polano benzyną, mieni się na nich fiolet, błękit, czerwień, żółć.
Stado krąży nad wsią.
Czerwiec wpuścił w siebie wiele słońca, już u jego początków owoce trześniowych drzew są słodkie.
Dziadek, który unika choroby babki, dla którego ceremonie wokół choroby są obce, on, który nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać, obserwuje z werandy, w jaki sposób szpaki zniżają lot nad sadem.
Uderza metalowym prętem w aluminiową kankę na mleko. Rozdudnia się od tego w dolinie.
Przyglądam mu się. I w nim musi dudnić, ciało mu drży, ma skórę podobną do skóry mężczyzn zamieszkujących Łuk Karpat, myślę. Spiż. Heban.
Szpaki zrywają się do lotu, jest ich nawał. Przefruwając nad domem, rzucają cień na podłogę zachodniego pokoju, tego, który w chłodne miesiące grzeje żeliwny piecyk.
Po chwili wracają nad sad.
Są uparte.
Kolejne uderzenia w metal wprawiają je w nerwowe podrygi. Dudnienie utrzymuje je w locie.
Dziadek robi przerwę na papierosa. One wykorzystują ciszę i lądują na rozłożystym drzewie. Napychają niewielkie ciała owocami.
Nauczyły się już rozpoznawać ciszę, mówię do Ann.
Tak, przytakuje.
Ann jest tu jasnością. Interesuje się światłem i sama nim jest. Rankiem dotarła tutaj, prosto w ciepły Maj, z dalekiego kraju. Jest w niej jeszcze podróż. Jest w niej jeszcze zapach nie stąd – frezja, paczula. Stoi ze mną na werandzie i przyzwyczaja wzrok do wczesnego lata.
Jej oczy podążają za światłem.
Ann zna się na świetle.
Bada światło.
Poluje na światło.
Wróży ze światła.
Dotykam palcami jej dekoltu, tam, gdzie rosną gwiazdozbiory pieprzyków.
Ann mówi: Trzeba je zliczyć.
Dobrze, odpowiadam.
W dzieciństwie liczyłam babce znamiona. Niewiele ukrywała przede mną. Pozwalała mi liczyć punkciki, które pokrywały jej plecy, a także te w okolicach piersi. Wpuszczała mój wzrok w zakamarki takie jak małżowina uszna czy zgięcia łokci.
Jesteś też z mojego ciała, mówiła.
Przechodzimy z werandy do zachodniego pokoju. Słychać melodię wygrywaną przez dziadka. Babka obserwuje cień ptasiego stada. Podnosi wychudłą dłoń, jakby zgłaszała się do odpowiedzi.
Tam, mówi i wskazuje szafę.
Prosi o wyjęcie z niej letnich sukienek. Dziwi mnie to. Na co dzień ubiera się w piżamy, które kupuję jej na rynku pobliskiego miasteczka, Starego Sadu. Lubi te w kolorze pudrowej mięty.
Sukienki rozkładam na wersalce.
Ta, szepce babka.
Wybrała tę w kolorze krwi. Biorę ją w dłonie. To aksamit.
Zanieś mu, prosi.
Robię to bez słowa sprzeciwu.
Dziadek kończy na werandzie dopalać kolejnego klubowego, tak – z sentymentu dla minionego – nazywa każde papierosy, przejęłam to po nim. Bierze sukienkę w dłonie. Jego naskórek haczy o materiał. Wącha tkaninę.
Róża, mówi.
Patrzę na niego. Ostatnie lata wysuszyły jego ciało. Coraz częściej ucieka wzrokiem, chowa wzrok, robi nim uniki. Nie potrafi utrzymywać i odwzajemniać patrzenia. Chciałabym go widzieć silniejszym, myślę.
Odwraca się i mówi: Chodź ze mną.
Idę.
Kieruje się w stronę warsztatu.
Na miejscu zbija z leszczyny coś na kształt krzyża i ten krzyż ubiera w krwistoczerwoną sukienkę babki. Przygląda się swemu dziełu. Poprawia poduszeczki z gąbki, które nadają obiektowi wyraz zdziwienia, tak jakby coś żywego podnosiło swe ramiona.
Nada się?, pyta.
Nada się, odpowiadam.
Wiem, że potrzebne jest mu moje przytakiwanie. Tu, w tej chorobie, nie ma miejsca na sprzeciw.
Dziadek przytakuje na moje przytakiwanie. Bierze w dłonie kukłę i idzie z obleczonym w suknię szkieletem w sad. Za nim procesja: pies Dunaj i kocur Klakier.
Babka obserwuje nas z okna zachodniego pokoju. Paznokciami rozdrapuje sobie skórę na policzku. Znam ten odruch. Rodzi się w niej, kiedy się czemuś przygląda. Potrafi podrapać się cała i nic o tym drapaniu nie wiedzieć.
Dziadek przystawia drabinę do pnia trześni. Asystuję. Ostrożnie stawia stopy na szczeblach. Dociera do szczytu. Drutem przytwierdza do gałęzi straszak.
Strach na głód, mówię pod nosem.
Czerwona sukienka babki zaczyna się poruszać na wietrze. Podmuch wchodzi w nią i wypełnia miejsce, gdzie kiedyś było ciepłe ciało. Mam wrażenie, że sukienka ożyła.
Duch sadu, mówię do Ann, która do nas dołącza.
Nic nie działa jak czerwona sukienka, nuci.
Szpaki kołują nad drzewem.
Już w zachodnim pokoju pytam babkę, czy pamięta, że miała na sobie ten ciuch zeszłej wiosny. Są na to fotografie.
Przytakuje.
Czerwień podkreślała jej siwe włosy.
Wiesz, mówi, już wtedy choroba musiała we mnie być. Wyobrażasz to sobie?
Przytakuję.
Opuszkami palców badam ranę, którą wydrapała w policzku.
Przez resztę dnia na zmianę podchodzimy do okna zachodniego pokoju i patrzymy w sad. Krwista czerwień sukienki zlewa się z dojrzewającymi w pełnym słońcu trześniami. Wyratowane od dziobów szpaków owoce będziemy zbierać dla babki. Dziadek przygotuje z nich słodkie dżemy.
Łakome
Sensualna, magnetyczna, dzika Wyczekiwana powieść Małgorzaty Lebdy Maj. Koniec świata. Stąd wszędzie jest daleko. Dwie kobiety przyjeżdżają tu, zostawiając za sobą dotychczasowe życie. Ale nie wita ich sielska rzeczywistość. Róża choruje, a jej mąż, by ją ratować, powoli rozmontowuje porządek, który konstruował całe życie. Maja dotyka zmiana, którą trudno oswoić. Przyjezdne nie...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio