1
Moi przodkowie użyźniali sobą dzieje. Dzieje się na nich pasły i rosły tłuste i obłe.
Gdyby nie oni, nigdy nie powstałyby malownicze opowieści z dawnych diariuszy: o wojnach, które zbierały krwawe żniwo, o zarazach, które pustoszyły śląskie ziemie, o trupach, które ścieliły się gęsto. Kronikarze czasem byli łaskawi i zauważali istnienie mojej rodzinnej Ostropy, czasem znikaliśmy im z pola widzenia na długi czas. A gdy już na krótką chwilę zatrzymywali na nas wzrok, okazywali się surowi. Jak gdyby nie rozumieli, że to z tej od niechcenia rzuconej garści słów będziemy musieli ulepić sobie dzieje. Nie rozumiał tego pisarz Anton Oskar Klaußmann, który po pół wieku nieobecności na Śląsku, w drodze do pobliskiego Gleiwitz w 1911 roku przejeżdżał przez Ostropę. Klaußmann zlitował się nad nami, zauważył i łaskawie rzucił ochłap, jedno zdanie: „Ostropa ciągle paskudnie cuchnie, prawdę mówiąc, znacznie obrzydliwiej”. Tylko tyle zanotował. Może lepiej, gdyby już nas zmilczał.
Zbigniew Kadłubek nazwał Ślązaków osiadłymi nomadami: tkwią w jednym miejscu od tysiąca lat, zmieniają się tylko kraje, w których przychodzi im tkwić. Tak też było z naszą Ostropą. Nie mogłem wyzbyć się poczucia, że wszystkie te ostropskie Hajoki, Rzepki, Kowole, Foity, Magiery, Jondy i Dylongi zbiły się na setki lat w jedną chłopską kupę, żeby przeczekać do współczesności, aż będzie można nosić własne imiona, mieć osobne twarze, przeżywać swoje życia. Dopiero kilka pokoleń temu zaczęli powoli wypełzać z tego rojowiska.
Moim pierwszym śląskim przodkiem, który miał imię i nazwisko, był, odkąd pamiętam, prapradziadek Urban Kieslich, stolarz z domku na urokliwej Kirchstrasse. Zawsze był dla mnie człowiekiem, który zginął na swoim podwórku od odłamka bomby. Tyle się w rodzinie zapamiętało.
Mijały lata, a rodzinna opowieść – bądź raczej to, co działo się z nią w mojej głowie, sam już nie pamiętam – roiła się coraz ciekawsza: najpierw miała to być ostatnia bomba zrzucona na Ostropę, później prapradziadek awansował nawet na ostatnią ofiarę wojny w ogóle. Gdy byłem nastolatkiem, nie zastanawiałem się nawet, o którą wojnę chodzi. Snułem opowieści, w które święcie wierzyłem. Rozpowiadałem na przykład, że u nas na piętrze podczas II wojny światowej najpierw Niemcy, a później Sowieci prowadzili dom publiczny, a na poddaszu mieszkały burdelmamy, kolejno nazistowska i radziecka…
Prapradziadek Urban długo nie budził we mnie szczególnych emocji. Łaskawie wygospodarowałem dla niego mały chlewik w mojej pamięci i pozwoliłem mu się tam schować przed zapomnieniem. Mogłem przez to przy okazji trochę urozmaicić samego siebie. To przykre, ale służył mi za poręczną anegdotę, choć miał należeć do pierwszego pokolenia ostropian, którzy będą zapamiętani jako oddzielne byty.
Długo nie miało to jednak dla mnie większego znaczenia. Atrakcyjniejsza wydawała mi się opowieść o lwowskiej części rodziny, w swojej wyjątkowości całkiem typowa. Ona – praprababka Karolina Próchnicka, gospodyni domowa, on – prapradziadek Józef Próchnicki, chemik z Politechniki Lwowskiej, po przyjeździe w 1945 roku do Gleiwitz, właśnie aranżowanego na Gliwice, pracował na nowo utworzonej Politechnice Śląskiej. Zajęli wspaniały dom z wielkim ogrodem, w którym bawiłem się jako dziecko.
Długo nie zwracałem uwagi na powtarzane w rodzinie słowo „zajęli”. W pacholęctwie słuchałem, że tu kogoś w czterdziestym piątym z domu wyrzucali, a tu ktoś w czterdziestym piątym jakiś dom zajmował. Te opowieści były dla mnie przezroczyste, nie rozumiałem, że wypędzani musieli mieć swoich wypędzających, a wypędzający wypędzanych. A nawet gdybym to rozumiał, nie pojąłbym, że owi zajmujący domy lwowiacy sami byli wypędzonymi. Nie pojmowałem, że jedni moi dziadkowie siedzący na rodzinnych geburstagach byli dziećmi zwycięzców wojny, drudzy – przegranych. Przynajmniej teoretycznie.
Prapradziadkowie Józef i Karolina Próchniccy mieli pięciu synów o skrzydlatych imionach Kazimierz, Władysław, Roman, Edward i Franciszek. Lwowskie łobuzy, trzech z nich było bokserami. Ponoć Kazimierz został nawet najlepszym pięściarzem w kraju i jeździł na turnieje do Związku Radzieckiego. Do czasu, gdy uderzył o treningowego kozła i wyzionął ducha.
Mój pradziadek Franciszek był najstarszy. Żył długo, umarł parę lat temu, tuż przed dziewięćdziesiątką. Był niespokojnym duchem, a przy tym eleganckim, pięknym mężczyzną. Mieszkał niedaleko nas, ale widziałem go w przelocie może kilka razy, nigdy dłużej nie rozmawialiśmy. Nie stanowiło to dla mnie jednak problemu, bo potrzebowałem mitycznego przodka, a nie pradziadka z krwi i kości. Chodziłem do ogólniaka, wierciłem się, szukałem odpowiedzi na te same pytania co wszyscy, ale miałem do dyspozycji gotową tożsamość, w którą mogłem wskoczyć i wygodnie się w niej umościć. Inteligencka rodzina z Kresów. To dla poszukującego gówniarza los wygrany na loterii. Miałem jeszcze w zanadrzu korzenie góralskie, kongresówkowe i podkarpackie, poparte nawet kilkoma opowieściami. Był tam jakiś powstaniec styczniowy, żołnierz austrowęgierski, majątek przegrany w karty, ale nic we mnie nie drgało, gdy o tym słuchałem.
To prawda, o lwowskich przodkach też nie wiedziałem zbyt wiele, ale te kilka ułamków wystarczało, bo resztę wchłaniałem z otoczenia przez osmozę. Tożsamość lwowska, ten cały kresymentalizm, to była tożsamość pierońsko prosta, z gotową instrukcją obsługi. Używać jej uczono mnie w filmach, w książkach, w szkole pisałem kartkówki z Kresów, które tłumaczyli mi Mickiewicz, Miłosz, Sienkiewicz, a nikt nie opowiadał mi przecież najbliższego Górnego Śląska. Przedwojenny Lwów był dla mnie czymś namacalnym, oglądałem go na fotografiach, a zdjęć starych Gliwic nie znałem.
Aż do dorosłości podświadomie dzieliłem przeszłość mojej śląskiej rodziny na złożone z kilku apokryfów czasy niemieckie przed 1945 rokiem i najzupełniej realne polskie powojnie. Czułem, że to, co działo się tu „za Niemca”, było zmyśleniem. Nie wierzyłem w historię Gliwic. Nic nie wskazywało na to, by w mojej dzielnicy mógł istnieć kiedyś świat tak odmienny od tego, który znałem. Cesarstwa – myślałem – mogą być w Persji czy Bizancjum, ale nie tu, nie nad rzeczką Ostropką. Trzecia Rzesza nie miała prawa wydarzać się przed domem Friedków ani na polu za Jondami. Na Górnym Śląsku miałem poczucie, że czasy, które przeżyli moi wciąż żyjący sąsiedzi, nigdy nie istniały, a w Krakowie inaczej: tam wydawało mi się, jakby Jagiellonowie, ba, Piastowie, dopiero co opuścili Wawel.
Myślę, że dlatego tak łatwo opowiedziałem i uwierzyłem samemu sobie, że w moim domu mieścił się hitlerowski burdel, a pradziadek był ostatnią ofiarą wojny – którejś na pewno, a może obu. Skoro ta przedwojenna kraina była zmyślona, mogłem pastwić się nad nią do woli.
Po ogólniaku przeniosłem się na studia do Krakowa. Jak się wkrótce okazało – na pohybel mojej puszczającej pierwsze pędy kresowej tożsamości. Znalazłszy się w galicyjskich dekoracjach, prędko poczułem, że nie należą do mnie, nie rozumiałem ich. Mimo kilkunastu przemieszkanych tu lat nigdy się nie zadomowiłem. W Krakowie zewsząd z szyldów łypali Franciszek Józef i Józef Szwejk, wszystko chciało nawiązywać do Austro-Węgier, a ja, Zbigniew z Próchnickich, stawałem się przez to banalny. Na domiar złego miesiąc po opuszczeniu Śląska wsiadłem w pociąg i pojechałem zobaczyć ten nieszczęsny Lwów. Okazało się, że on niestety istnieje i że z mojej lwowskiej tożsamości nic chyba już nie będzie, bo w zderzeniu z ludźmi, którzy naprawdę do jakiejś kresowości i galicyjskości mogą aspirować, jestem po prostu śmieszny.
Moja wyobrażona lwowskość okazała się zresztą po opuszczeniu Śląska bezużyteczna. Przestała być mi zbroją przed pospolitością. Na Śląsku miała służyć uwzniośleniu, wykrzyczeniu, że przybyłem z dalekiej krainy, podkreśleniu mojej nietuzinkowości. Odróżnić.
Wtedy zaczął się mój tożsamościowy refluks. Jadąc do Krakowa, może i wyobrażałem sobie, że jestem galicyjskim imigrantem, że dokądś wracam, ale już po kilku miesiącach stałem się śląskim emigrantem i dołączyłem do diaspory. W Galicji to śląskość zaczęła mnie odróżniać. Miałem dwadzieścia coś lat i zacząłem klecić sobie śląską tożsamość, ale nie było, cholera, z czego, bo co na tych paru zdjęciach i kilku rodzinnych anegdotach może wyrosnąć? Chabaź cherlawy. Za mało wiedziałem o Urbanie Kieslichu, by móc potraktować go inaczej niż jako półlegendarnego praszczura. Słyszałem o tym nieszczęsnym odłamku bomby i o tym, że pradziadek urodził się w 1867 roku w Królestwie Prus. Później babcia przypomniała sobie jeszcze imię jego żony – Johanna – oraz jej panieńskie nazwisko. Nie byli niczym więcej niż dziwnymi imionami i nazwiskami, kotwicą zarzuconą w prehistorię.
Bo są tacy, którzy z jakiegoś powodu potrzebują owinąć się tożsamością szczelnie, po szyję. I ja też tak mam. A tam, gdzie brakuje treści, górę bierze forma i stąd już krótka droga do radykalizmu. Sąsiedzi mieli łatwiej, oni jakoś w tym tkwili, a ze mnie była trąbka, a nie Ślązak, miałem ledwie kropelkę śląskiej krwi. Jako dziecko zawsze grawitowałem ku miastu, a miasto tu było polskie, zaś otaczające je wiochy – śląskie.
W neofickim zapale konstruowałem jakąś opowieść, umawiałem się z samym sobą, że jestem Ślązakiem. Moja tożsamość była fanaberią. Przedsięwzięciem zupełnie niekoniecznym. Próbowałem się dokopać do jakichś korzeni, żeby tę umowność choć trochę uprawdopodobnić, na jakiś certyfikat śląskości sobie zasłużyć. Mogłem żerować na garstce starych zdjęć i przedmiotów z czasów, w których istnienie nie wierzyłem, i na ułamkach pamięci mojej babci, jedynej łączniczki z tamtym światem, choć łączniczki pośredniej, bo powojennej, świat przedwojenny znającej ze słyszenia. Jej wspomnienia były z drugiej ręki, zużyte, wytarte, znoszone.
Dziś wiem, że przez lata niezbyt się wysilałem. Gdy uznałem, że więcej odkryć z własnej przeszłości się nie da, robiłem tak: zasypiając, przywoływałem którąś z kilku opowiedzianych mi scen z przedwojennego życia moich przodków i intensywnie o niej myślałem. Czasem się udawało i obudziwszy się, pamiętałem, jak we śnie moi antenaci ożywali, zaczynali odgrywać role, w których ich obsadzałem. Chciałem w ten sposób cokolwiek jeszcze z tej przeszłości uszczknąć, choć wiedziałem, że te majaki są kłamstwem. Podczas jednej z takich nocy moja prababcia spojrzała nawet na mnie i w kółko powtarzała: Władysław Finazerin, Władysław Finazerin, Władysław Finazerin… Nigdy o nim nie słyszałem. Obudziłem się, sprawdziłem, czy coś wyskoczy pod tym nazwiskiem w wyszukiwarce, poszukałem na portalach genealogicznych, niczego nie znalazłem i do dziś nie wiem, co to miało oznaczać.
Dlatego zacząłem pisać tę książkę. Wiedząc, że wiele więcej o moich śląskich przodkach nie uda mi się dowiedzieć, chciałem chociaż zrekonstruować kontekst, w którym żyli. Zacząłem od mojego osobistego Piasta Kołodzieja, Urbana Kieslicha.
Miałem tylko ułamki pamięci mojej babci. Wierciłem jej dziurę w brzuchu, a jej kiedyś przypomniało się coś jeszcze.
– Nie wiem wiele o tym. Wiem, że był w powstaniu. Jego córka, ciotka Albina, nosiła zupę powstańcom do lasu. Ale nie mówiło się o tym. Które to było powstanie, gdzie był dokładnie – nie wiem nic.
I tyle, nic więcej babci, która sama urodziła się ćwierć wieku po powstaniach śląskich, nikt nie powiedział. A potem ci, co mogli powiedzieć, pomarli.
To jedno zdanie, że Urban Kieslich był w powstaniu, to za mało, żeby ze spokojnym sumieniem szczycić się rodowodem powstańczym, ale też za dużo, żeby je ot tak puścić mimo uszu.
Kajś
Przez większość życia uważałem Ślązaków za jaskiniowców z kilofem i roladą. Swoją śląskość wypierałem. W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem. O swoich korzeniach wiedziałem mało. Nie wierzyłem, że na Śląsku przed wojną odbyła się jakakolwiek historia. Moi antenaci byli jakby...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio