1.

Nikołajewka, Ukraina, 1932
Młody chłopak z burzą ciemnych włosów siedział na zimnym pniaku i patrzył na bezkresne pola okalające ich wieś. Jesień powoli ustępowała zimie, jednak on nie myślał o porach roku i zmieniającym się krajobrazie, ale zastanawiał się, kiedy jego rodzinę opuściło szczęście. Wissarion Zinowjew przypominał sobie moment, od którego wszystko się zaczęło. On i jego bliscy nie tyle zubożeli czy dotknęły ich choroby, ale każdego dnia walczyli o przetrwanie.
Dojmujący głód, który od niemal dwóch lat był jego stałym towarzyszem, niekiedy nie pozwalał mu myśleć o niczym innym, tylko o grubych pajdach chleba, tłustych kurczakach czy ciepłym mleku. Teraz jednak nie czuł już tego uporczywego ssania w żołądku. Podobno to był ostatni etap, po którym czekała go jedynie śmierć. I wtedy przyszło mu do głowy, że te wszystkie nieszczęścia zaczęły się od chwili, gdy we wsi pojawił się dwudziestopięciotysięcznik przysłany przez Objedinionnoje gosudarstwiennoje politiczeskoje uprawlenije, czyli Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny.
Na początku ludzie żartowali, że przyjechał do nich jakiś „Amerykaniec”, żeby w Nikołajewce poszukać sobie żony, ale potem przestali się uśmiechać na jego widok, czy też słysząc jego nazwisko. Na domiar złego obcy był Rosjaninem, co wzbudziło w mieszkańcach wsi jeszcze większą niechęć.
Grigorij Woroszyłow przybył do nich wiosną trzydziestego roku, odziany w długi ciemny płaszcz i filcowy kapelusz z dość szerokim rondem. Dotarł ze stacji kolejowej w Zasławiu lichą furmanką, co mocno kontrastowało z jego eleganckim ubiorem. Woroszyłow zbliżał się do trzydziestki, był wysoki, postawny i przemawiał do ludzi hipnotyzującym głosem. Nigdy nie krzyczał, nie mówił także zbyt cicho. Tak jakby nie miał w sobie żadnych emocji, gdy tymczasem to, z czym przybył, miało zmienić życie wielu ludzi w tej wsi.
Już następnego dnia po przyjeździe wydało się, kim był Woroszyłow i po co przybył do Nikołajewki. Wystarczyło popatrzyć, kto się koło niego bez przerwy pętał. A byli to bracia Tymoszczukowie, „biedniacy”, którzy niegdyś należeli do komnezamów, najbardziej znienawidzonej przez rolników grupy, zajmującej się prodrazwiorstką, czyli wymuszaniem na chłopach narzuconych z góry kontrybucji zboża.
Z czasem jednak i lokalni komnezami przestali być groźni i wtopili się w ich społeczność, zapewne licząc na to, że ich wcześniejsze czyny odejdą w zapomnienie. W końcu minęła niemal dekada od chwili, gdy zaczęli rządzić wsią. Kyryło i Josip Tymoszczukowie wciąż jednak myśleli o tym, jak się wzbogacić, zdobyć władzę i nie narobić się przy tym zanadto. Zapewne więc kiedy do Nikołajewki przybył Woroszyłow z planami kolektywizacji, kolejny raz dostrzegli swoją szansę.
Ich wieś nie była duża, ale znajdowało się w niej prawie wszystko, co było mieszkańcom potrzebne do szczęścia. Cerkiew, felczer i mały sklepik, gdzie można było nabyć naftę, garnki czy uprząż dla konia. Wśród krytych strzechą ubogich domostw jeden dom od razu przykuwał uwagę. Był okazalszy niż inne, a jego gospodarz jeździł po okolicy bryczką. Ów najzamożniejszy chłop nazywał się Semen Szewczenko i chełpił się swoim nazwiskiem, bowiem takie samo nosił najbardziej znamienity ukraiński poeta, Taras Szewczenko. Nikt jednak nie zazdrościł Szewczence ani największego pola, ani najokazalszego domu, bo w razie potrzeby każdy mieszkaniec Nikołajewki mógł liczyć na jego pomoc czy radę. Semen nie dorobił się licznego potomstwa, co we wsi nie było dość powszechne, ale jednej córki, Nadii.
Kiedy przyjechał Woroszyłow, córka Szewczenki miała dwanaście lat i pewnego dnia zniknęła z Nikołajewki. Wszyscy mówili, że zwariowała i umarła gdzieś na okolicznych bezkresnych polach albo utopiła się w znajdującej się nieopodal rzece Horyń, ale dziewczyna przeżyła i teraz znowu mieszkała w ich wsi.
Wissarionowi przyszło do głowy, że o wilku mowa, bo z zamyślenia wyrwała go właśnie idąca w jego kierunku mała Nadia. Wyglądała jak trzcina, która niebawem się złamie pod wpływem podmuchu wiatru. Podeszła do niego i podała mu zawiniętą w gazetę cebulę i ćwiartkę ciemnego chleba.
– Dzisiaj tylko tyle mi dał – powiedziała płaczliwie. – Ale jadłam zupę, więc ty weź resztę.
Wissarion wgapiał się w gazetę i leżące na niej wiktuały. Miał ochotę pożreć je natychmiast, ale wiedział, że kawałek dalej czeka na niego rodzina. A może nie tyle na niego, co na odrobinę jedzenia. Ale jakże on miał podzielić tę porcję pomiędzy dziadków, rodziców i trzech młodszych braci?
Dziewczyna chyba zauważyła jego strapioną minę, bo powiedziała:
– Grigorij może znaleźć ci zajęcie. Nie dostaniesz pieniędzy, ale jedzenie.
– Mam zbierać trupy po okolicy? – burknął Wissarion.
– Albo do brygady kolektywizacyjnej pójść... – niemal wyszeptała.
– Ojciec mnie z domu wypędzi – westchnął.
– I tak z niego uciekasz – prychnęła.
Nie pytał, jak przekonała Grigorija Woroszyłowa, by przyjął go do brygady poszukującej w chłopskich domach ukrytego zboża. Doskonale wiedział, że ta piękna młoda dziewczyna, której dopiero w zeszłym roku urosły piersi, dogadza Woroszyłowi w zamian za miskę zupy albo kawałek chleba czy kilka zgniłych ziemniaków.
– Nadio... – powiedział cicho. – Ty już nie chodź do niego. Jakoś sobie poradzimy.
Mówił to bez przekonania, bo naprawdę nie miał już pomysłu, jak zdobyć pożywienie. Tak samo jak jego ojciec czy matka, która latem robiła im placuszki ze startej kory albo zupę z liści. Teraz jednak liści już nie było, a i o korę było coraz trudniej.
– Wisza, pamiętam, kiedy weszłam na pole kołchozu, żeby ukraść kilka buraków. Dostałam takie cięgi, że myślałam tylko o tym, aby umrzeć. Więc jak chcesz zdobyć jedzenie? Oni od razu cię zabiją.
– Ale jakoś udało ci się dotrzeć aż do Charkowa. – Uśmiechnął się smutno.
– I tam też o mały włos nie umarłam – jęknęła. – Ale teraz chcę żyć.
Poklepał ją delikatnie po wychudzonej dłoni. Skóra dziewczyny była niemal przezroczysta i widać było na niej siatkę ciemnych żył. Rozumiał ją i nienawidził Woroszyłowa. Najpierw skazał Nadię na wygnanie, a potem zachciało mu się mieć młodocianą kochankę.
– Zabiję go kiedyś, przysięgam – szepnął.
– Nie mów tak, Wissarionie. Gdyby nie on, już dawno by nas nie było.
– Gdyby nie on, nadal uprawialibyśmy swoją ziemię, zbierali marchew czy cebulę z ogródka i nie cierpielibyśmy ani głodu, ani prześladowań.
– Jeśli nie przyjechałby Grigorij, to wysłaliby kogoś innego. – Wzruszyła chudymi ramionami.
A jednak to Woroszyłowa i jego pomagierów Wissarion obwiniał o wszystko, co złego wydarzyło się w Nikołajewce. Zanim ten człowiek pojawił się we wsi, dzieciaki chodziły do ukraińskiej szkoły, ojciec Nadii organizował dożynki, a w sklepiku prowadzonym przez stetryczałego Żyda można było kupić nawet cukierki.
Woroszyłow przyszedł do ich chałupy tydzień po swoim przybyciu. Rozsiadł się w kuchni, tuż przy piecu, i oznajmił:
– Tarasie Zinowjewie, przyszedł czas kolektywizacji i zwiększenie produkcji. Władze w Moskwie muszą otrzymać z tych ziem sto pięćdziesiąt milionów pudów, a my powinniśmy zrobić wszystko, żeby wypełnić wolę Moskwy. Jedyną możliwością, żeby osiągnąć taką wydajność, jest stworzenie kołchozów i praca dla dobra wspólnego.
– Już kiedyś tego próbowaliście i prawie pomarliśmy z głodu – mruknął ojciec i przeciągnął palcem po swoich sumiastych wąsach.
– Wtedy zboże było potrzebne, bo nastał czas wojny. A żeby się ona nie powtórzyła, Związek Radziecki musi być silny, zmodernizowany i uprzemysłowiony. To były konieczne czriezwyczajnyje miery – perorował dalej Woroszyłow głosem wprawnego agitatora.
– Żyjemy w Nikołajewce jak nasi ojcowie i dziadowie. Ustroje się zmieniały, władza także, a my wciąż gospodarzymy na naszych spłachetkach ziemi. Nie buntowaliśmy się, gdy nam we wsi założono komnezamy, a jedynego kułaka we wsi rozparcelowano...
– Nadal macie we wsi kułaków – obruszył się Woroszyłow.
– Mówicie o Szewczence? Przecież kiedy wprowadzono Nową Politykę Ekonomiczną, dzięki takim jak on państwo się bogaciło – odparł rzeczowo ojciec.
Mimo że był niepiśmienny, podobnie jak matka i dziadkowie, doskonale orientował się w kwestiach politycznych i planach rządowych. Pewnie dlatego, że gdy tylko Wissarion, najstarszy z rodzeństwa, poszedł do szkoły i nauczył się, jak odróżniać bukwy, niemal codziennie czytał ojcu gazety.
– Sam także się wzbogacił – mruknął Woroszyłow.
– Ot, ta nasza władza, nic pomyślunku nie ma. – Stary Zinowjew machnął ręką. – Jak kto się stara, żeby dla państwa jak najwięcej pudów oddać, to państwo mówi, że to kułak. A kiedy się leni i mało oddaje, wtedy władza niezadowolona, bo planu nie udało się zrealizować.
Woroszyłow nie lubił chyba, gdy ktoś wytykał władzy niekonsekwencję, bowiem władza mylić się nie mogła, więc powiedział jedynie:
– To przystąpicie do kolektywizacji?
Ojciec Wissariona pokręcił jedynie głową, chociaż wiedział, że może ponieść konsekwencje swojej decyzji i pewnego dnia będzie musiał oddać swoją ziemię, a potem wyrabiać trudodnie, żeby dostać woreczek kaszy czy ziemniaków.
Nie mylił się, bo następnego dnia do ich chaty przyszli Kyryło i Josip, którzy pięścią i drewnianymi kołkami usiłowali przekonać ojca, żeby przystąpił do kolektywizacji.
Szewczenko także się opierał, bo jako członek Ukraińskiej Partii Komunistycznej uznał, że ma coś do powiedzenia. Przeganiał więc nachodzących go co chwilę mężczyzn. Zarówno Woroszyłowa w eleganckim palcie, jak i braci Tymoszczuków w płóciennych spodniach przepasanych powrozem.
W dniu, w którym pobito na śmierć starego Szewczenkę, Wissarion przebywał na lokalnym targu, by sprzedać jaja, mleko i owoce. Ktoś krzyknął, że dobierają się do Szewczenki, i nagle ryneczek opustoszał. Każdy, kto żyw, pobiegł na główną drogę, by obserwować obejście najbogatszego chłopa w Nikołajewce.
Bracia Tymoszczukowie tłukli drewnianymi kołkami niesubordynowanego kułaka, aż w końcu uszło z niego życie. Już wówczas ludzie byli zastraszeni i przejęci własnych losem, więc nie wtrącali się, a jedynie z trwogą przyglądali się tej krwawej scenie. Woroszyłowi chyba właśnie o to chodziło. Mieszkańcy Nikołajewki mieli zobaczyć, jaki los ich czeka, jeśli nadal będą opierali się kolektywizacji. Poza tym zapewne sądził, że jeśli Szewczenko zniknie z tego świata, nie będzie komu buntować chłopstwa.
Był rok trzydziesty, plony okazały się lepsze, niż się spodziewano i po kryzysie z dwudziestego siódmego, spowodowanym suszą, nie pozostał ślad. Tymczasem teraz przyjechali jacyś ludzie i usiłowali im to wszystko zabrać. Wissarion i jego ojciec nie wierzyli także, że chłopi będą lepiej pracowali na państwowym niż na własnym, bo chociaż konfiskaty wojenne ledwie pamiętał, ojciec opowiadał mu, jak chłopi przestali obsiewać pola, bo wiedzieli, że co wyhodują, będą musieli oddać.
Kiedy wszyscy wgapiali się w leżącego przed domem zakrwawionego mężczyznę, on patrzył na kogoś zupełnie innego. W pewnej chwili z chaty wypędzono żonę i córkę Szewczenki. Pora była dość wczesna, więc obie miały na sobie koszule nocne. Irina Szewczenko klęknęła przy swoim dogorywającym mężu i zaczęła szlochać, zaś jej córka, mała Nadia, wyszła na drogę i udała się w nieznanym kierunku.
– A ta dokąd idzie w tej koszulinie? – zapytał ktoś. – Zwariowała?
– Idzie się rzucić do Horynia, bo przecież teraz musiałaby pracować jak wszyscy – prychnęła jakaś kobiecina, najwyraźniej zafascynowana kolektywizacją i rozliczaniem kułactwa, które na dobrą sprawę wcale kułactwem nie było.
Szewczenko nigdy nie był ani „biedniakiem” ani kułakiem, ale „średniakiem”, tak jak rodzina Wissariona. Jednak Szewczenko starał się jak mógł, by uzyskiwać jak najwyższe plony, wprowadzał innowacje w swoim gospodarstwie, mądrze wszystkim zarządzał i nagle został kułakiem, któremu należy to wszystko zabrać.
Przez całe przedpołudnie Wissarion Zinowjew myślał o małej Nadii. Jak bardzo musiała być zdesperowana, jeśli postanowiła ze sobą skończyć. Nie odważył się jednak, by pójść za nią i zawrócić ją z tej drogi. Bał się. Dopiero co skończył szesnaście lat i należał do chłopców zbyt cherlawych, by móc się zmierzyć z braćmi Tymoszczukami i ich drewnianymi kołkami. Pomodlił się więc cicho, jak czyniono to zawsze, gdy ktoś umierał, a potem wyszedł z tłumu i powrócił na ryneczek, gdzie pozostawił swoje dobra.
Kiedy dotarł do domu, usiadł do stołu wraz z resztą rodziny, wziął łyżkę i zanurzył ją w gęstym barszczu, który matka codziennie gotowała.
– Szewczenkę zamordowali, a jego córka zwariowała i poszła utopić się w rzece – oznajmił.
Matka i babcia zrobiły potrójny znak krzyża na czole, a potem wróciły do spożywania posiłku.
– Może to i lepiej, że zginął, niż gdyby mieli go wysłać do gułagu za Ural – mruknął ojciec. – On tę ziemię kochał chyba bardziej niż swoją córkę. A ona cóż miałaby robić, jeśli do pracy nie nawykła? Szewczenko chciał ją wykształcić i do szkół posłać, więc nawet na robocie w polu i przy oporządzaniu bydła się nie zna.
Nikt więcej jednak nie podjął tematu rozpuszczonej córki Szewczenki, jedynie babcia wymamrotała pod nosem, że ich wszystkich może spotkać podobny los. Ta mroczna przepowiednia niestety się sprawdziła, chociaż wówczas Wissarion nie brał na poważnie słów babki. Mieli krowę, kilka kur i przydomowy ogród, a poza tym zawsze mogli zgromadzić zapas zboża ze swoich zbiorów. Teraz nie mieli już niczego.
Głód. Saga wołyńska
Wielki głód na Ukrainie, tygiel narodowościowy we Lwowie i skomplikowane relacje polsko-ukraińskie to pejzaż, w którym swoje miejsce musi odnaleźć piątka młodych ludzi. Nadia Szewczenko i Wissarion Zinowjew walczą o przetrwanie w czasie hołodomoru, a Marta Osadkowska i Marcel Lemański o miłość, której nikt z ich otoczenia nie daje szans.To opowieść o ludzkiej godności, człowiec...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio