Usiadłem przy kominku na krześle naprzeciwko tego, ku któremu zmierzał mój gospodarz, i aby wypełnić czymś milczenie, chciałem pogłaskać psią matkę, która opuściła ochronkę pod kredensem i podkradła się jak wilk ku moim łydkom, szczerząc oślinione kły. Mój gest wywołał długi, gardłowy charkot.
— Niech pan ją lepiej zostawi w spokoju — warknął pan Heathcliff na podobną nutę, kopnięciem powstrzymując groźniejsze zapędy psa. —
Nie jest przyzwyczajona do pieszczot... nie chowamy jej na pieska salonowego.
Potem, podszedłszy wielkimi krokami do bocznych drzwi, zawołał ponownie:
— Joseph!