Wichrowe wzgórza
Emily Brontë

Chyba właśnie ta okoliczność skłoniła mnie do przyjęcia zaproszenia: pociągał mnie człowiek, który zdawał się jeszcze bardziej absurdalnie nietowarzyski niż ja.

Dopiero ujrzawszy, że mój koń delikatnie napiera na bramę, Heathcliff ruszył się wreszcie, by zdjąć łańcuch. Potem nachmurzony powiódł mnie brukowaną alejką na podwórze.

— Joseph! — zawołał. — Zabierz konia pana Lockwooda i przynieś wina.

„Oto cała tutejsza służba—pomyślałem, słysząc to podwójne polecenie. — Nic dziwnego, że spomiędzy płyt sterczy trawa, a o postrzyganie żywopłotów dbają tylko krowy".

Joseph był człowiekiem niemłodym, może nawet starcem, choć wyglądał zdrowo i żwawo.

— Boże, dopomóż! — monologował niezadowolony, zająwszy się mym koniem.

Przy okazji spojrzał mi w oczy tak kwaśno, że litościwie uznałem, iż pomocy boskiej potrzebował do strawienia obiadu, a jego modły nie odnosiły się do mego nieoczekiwanego przybycia.