Wichrowe wzgórza
Emily Brontë

Pan Heathcliff i jego sługa pięli się po schodach z nieznośną flegmą. Nie sądzę, by choć odrobinę przyspieszyli kroku na moje wołanie, mimo że przy kominku rozpętała się istna burza. Na szczęście większą gorliwością wykazała się pewna mieszkanka kuchni: zażywna niewiasta, w podkasanej spódnicy, z gołymi ramionami i kuchennymi wypiekami na twarzy wskoczyła w sam środek tej zawieruchy z patelnią. Wywijała tym naczyniem, jak również językiem, tak wprawnie, że sztorm ucichł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na placu boju została już tylko ona, wzdęta jak morze po huraganie, kiedy przybył jej pan.

— Co to, u diabła, za krzyki? — spytał, świdrując mnie niechętnym spojrzeniem, którego po tak niegościnnym potraktowaniu nie mogłem mu wybaczyć.

— Żebyś pan wiedział, że u diabła! —jęknąłem. — Te pańskie bestie to gorsze demony niż tabun opętanych świń. Jakbyś pan zostawił obcego ze stadem tygrysów!

— Nie ruszą nikogo, kto niczego nie dotyka — zauważył, stawiając przede mną butelkę i przywracając stół na właściwe miejsce. — Psy powinny być czujne. Szklankę wina?

— Nie, dziękuję.

— Nie pogryzły pana?