Rover się odwrócił. Strażnikowi stojącemu w drzwiach opadały spodnie, obciążone kluczami zawieszonymi u paska, częściowo zasłoniętego przez wylewający się znad spodni wielki brzuch.
– Wasza świątobliwość ma gościa. Można powiedzieć, że to bliski krewny. – Strażnik zarżał i odwrócił się do osoby stojącej za drzwiami. – Wytrzymasz to, Per?
Rover wsunął pistolet i papierosy pod kołdrę na łóżku chłopaka. Wstał i spojrzał na niego ostatni raz. Potem szybko wyszedł.
Więzienny kapelan poprawił nową koloratkę, która nigdy nie leżała tak, jak powinna. „Bliski krewny. Wytrzymasz to, Per”. Miał ochotę napluć w roześmianą, błyszczącą od tłuszczu twarz strażnika, ale tylko uprzejmie skinął głową więźniowi, który wyszedł z celi, i udał, że go poznaje. Przyjrzał się tatuażom na jego przedramionach. Madonna i katedra. Niestety. W ciągu tych lat twarzy i tatuaży przewinęło się przed jego oczami zbyt wiele, by zdołał je od siebie odróżnić.
Wszedł do celi. Unosił się tu zapach kadzidła, a w każdym razie czegoś, co przypominało kadzidło. Albo palone narkotyki.
– Dzień dobry, Sonny.