Tkwiłem w tym przekonaniu aż do momentu, kiedy wreszcie skończyłem gruntowny remont i wprowadziłem się do moich czterech kątów na poddaszu. Wszystkie bezpańskie rzeczy, które tu znalazłem, wrzuciłem do niewielkiego kartonu pozostawionego przez poprzedniego właściciela i całkiem o nich zapomniałem – pech jednak chciał, że już pierwszej nocy po przeprowadzce z nudów zacząłem je przeglądać.
I wyszperałem starą kasetę VHS. Zwykły grat, którego miejsce było na śmietniku. A jednocześnie przedmiot, który sprawił, że całe moje życie się zmieniło.
Kaseta wyglądała niepozornie. Znajdowała się w białym tekturowym pudełku Panasonica, z charakterystycznymi czerwonymi i niebieskimi liniami. Etykieta była krzywo przyklejona, a napisy na niej kilkakrotnie zamazywane lub poprawiane.
Standard. Też to robiłem, kiedy na wcześniej zapisane odcinki Drużyny A lub MacGyvera nagrywałem Z Archiwum X i Ostry dyżur. Jakie czasy, taki Netflix. Problem polegał na tym, że w dzisiejszych nie miałem jak dobrać się do tego, co znajdowało się na kasecie.