Nie wiem, jak puszyca po polsku nazywa się ani jak po niemiecku, ale po rosyjsku tak właśnie, пушица, to taka trawa z kłębkami jakby bawełny, rośnie w sendusze, gdzie drzewa już nie sięgają. W Chołodzie z tych kłębków robili knoty do kamiennych lamp na focze sadło, Jukagirka Ibisi nauczyła mnie, jak włókna skręcać w palcach, zawijać, aby powstał z nich zgrabny powrozik, za słaby, żeby służył za juzing, ale chłonny, na knot doskonały. Najlepsza zaś rosła na Siewierze, u stóp wielkiej, dymiącej góry, tam kłęby polarnej bawełny były największe, przędza tak mocna, że można było i nici z niej zrobić.
Ale tam, gdzie ja palce stracił, to nie mogła być puszyca, tam, gdzie ja stracił palce, tam jeszcze były drzewa i gęsty podszyt tajgi, skoro to było na wyrębie, senducha i senduchowa puszyca, i mchy, i płożące się po ziemi wierzby, to było później. Kiedy indziej. Na długo przed wszystkiem.