Chołod
Szczepan Twardoch — Literatura piękna

Nie wiem, jak pu­szy­ca po pol­sku na­zy­wa się ani jak po nie­miec­ku, ale po ro­syj­sku tak wła­śnie, пушица, to taka tra­wa z kłęb­ka­mi jak­by ba­we­łny, ro­śnie w sen­du­sze, gdzie drze­wa już nie si­ęga­ją. W Cho­ło­dzie z tych kłęb­ków ro­bi­li kno­ty do ka­mien­nych lamp na fo­cze sa­dło, Ju­ka­gir­ka Ibi­si na­uczy­ła mnie, jak włók­na skręcać w pal­cach, za­wi­jać, aby po­wstał z nich zgrab­ny po­wro­zik, za sła­by, żeby słu­żył za ju­zing, ale chłon­ny, na knot do­sko­na­ły. Naj­lep­sza zaś ro­sła na Sie­wie­rze, u stóp wiel­kiej, dy­mi­ącej góry, tam kłęby po­lar­nej ba­we­łny były naj­wi­ęk­sze, przędza tak moc­na, że mo­żna było i nici z niej zro­bić.

Ale tam, gdzie ja pal­ce stra­cił, to nie mo­gła być pu­szy­ca, tam, gdzie ja stra­cił pal­ce, tam jesz­cze były drze­wa i gęsty pod­szyt taj­gi, sko­ro to było na wy­rębie, sen­du­cha i sen­du­cho­wa pu­szy­ca, i mchy, i pło­żące się po zie­mi wierz­by, to było pó­źniej. Kie­dy in­dziej. Na dłu­go przed wszyst­kiem.