444
Maciej Siembieda — Kryminały

Umarli przyjmują gości do dwudziestej.

Dokładnie o tej godzinie bramy ich miasta są zamykane i nie ma zmiłuj. Zwłaszcza tu, gdzie leżą ludzie na co dzień przyzwyczajeni do dyscypliny i punktualności. Ich wieczny odpoczynek, zapewniany przez modlitwy i przepisy, trwa w ciszy i mroku przez dwanaście godzin, do ósmej rano.

Osiemnaście minut przed dzisiejszym wiecznym odpoczynkiem lokatorów Cmentarza Wojskowego na Powązkach prokurator Jakub Kania poczuł w kieszeni marynarki wibracje telefonu komórkowego. Połączenie przyszło w chwili, gdy spacerował z wózkiem pełnym zakupów po alejkach hipermarketu w galerii Arkadia. Przez chwilę miał pokusę, żeby je zlekceważyć, ale postanowił przynajmniej sprawdzić, kto niepokoi go o tej porze.

Zerknął na ekran nokii, pospiesznie nacisnął zielony przycisk, przełknął ślinę i przywitał się najuprzejmiej, jak potrafił.

– Proszę posłuchać – Kombatant nie odwzajemnił grzeczności, a następnie powiedział kilka słów niemal zagłuszonych przez dziewczynę w stroju góralskim, która za wszelką cenę usiłowała namówić Kanię na spróbowanie koreczków z oscypków nabitych na wykałaczki.