27 śmierci Toby'ego Obeda
Joanna Gierak-Onoszko — Reportaże

Kiedy Toby Obed wreszcie się budzi, jest już wiosna.

Leży na wznak w niekrochmalonej pościeli, nie poznaje sufitu i ścian dookoła. Jeszcze przed chwilą spał spokojnym, farmakologicznym snem, a teraz jego neurony świecą do białości, usiłując poradzić sobie ze wszystkimi informacjami naraz.

Gdzie jestem? Dlaczego boli? Czy w końcu przestanie?

Toby rozgląda się, szuka widoku za oknem, jakiegoś punktu zaczepienia. Ale jego wzrok wciąż ucieka na środek łóżka. To miejsce, gdzie powinny być teraz jego nogi i stopy, ale przykrywająca Toby’ego kołdra leży płasko.

Toby myśli, że ma halucynacje – tak się czasem zdarza po większym piciu. Chce przetrzeć powieki, podnosi do oczu ręce.

Ale poniżej lewego łokcia nic już nie ma.

Patrzy w prawo. To, co zostało z drugiej dłoni, jest zawinięte w gruby bandaż.

– Chwileczkę! Gdzie się podziały moje nogi? I coście, kurwa, zrobili z moimi rękami?!

Nad łóżkiem pochyla się kobieta w białym fartuchu.

– Tak się cieszę, że się obudziłeś! Nie byliśmy pewni, czy się uda. Toby, jesteśmy w szpitalu w St. John’s, w stolicy Nowej Fundlandii i Labradoru. Już marzec. Niedawno były twoje dwudzieste drugie urodziny. Powiem ci, że naprawdę masz co świętować.