achodnioeuropejskie miasto wraz ze wszystkimi swymi implikacjami dla przyszłości narodziło się w średniowieczu. W roku 1250 miasta tętniły życiem i kwitły nie tylko tam, gdzie w starożytności – na wybrzeżu Morza Śródziemnego – ale i w Europie północno-zachodniej. Niniejsza praca jest swego rodzaju próbą opisania codzienności w połowie trzynastego stulecia w jednym z ośrodków, które właśnie wtedy ożywały na nowo, a mianowicie w Troyes, stolicy bogatego hrabstwa Szampanii, siedzibie biskupstwa, a przede wszystkim ośrodku, w którym odbywały się dwa słynne jarmarki.
W dawnych czasach, gdy Juliusz Cezar zakładał swoje obozy w Galii i Brytanii, niewiele znalazłoby się w północno-zachodniej Europie miejsc, które nazwać moglibyśmy miastem. Jednym z przykładów niech będzie starożytna Lutecja (w miejscu której stoi dziś Paryż) – ośrodek na tyle ważny, że jego zniszczenie w pożarze zostało wspomniane przez wielkiego Rzymianina w pamiętnikach O wojnie galijskiej. Niemniej na większości wspomnianego obszaru organizacja polityczna nie była dostatecznie rozwinięta, handel zbyt słaby, a wierzenia zbyt prymitywne, by pozwolić na wygenerowanie społeczności większych niż wiejskie. Olbrzymi teren zajmowały pustkowia.

Model rzymskiego obozu wojskowego w Bonn. Tego typu warowne obozy dały początek wielu europejskim miastom, w tym również Troyes.
Rzymianie zbudowali drogi, zapewnili rynek zbytu dla lokalnej produkcji rolnej i gwarantowali w swoich ufortyfikowanych obozach bezpieczeństwo handlarzom. Jedno z takich umocnionych miejsc było początkowo małą wioską na styku Sekwany i ważnego szlaku militarnego znanego pod nazwą Via Agrippa. Cesarz Marek Aureliusz postawił tam wieżę, a późniejsi imperatorzy, zwłaszcza Aurelian, rozbudowali wokół niej bazę wojskową. Podobnie jak inne miasta–obozy, tak i Tricasses zaczęło nosić znamiona stałej osady: żołnierze tutejszego garnizonu wiązali się z miejscowymi dziewczętami, zakładali rodziny i zostawali tu po zakończeniu służby w armii – uprawiając rolę poza fortem lub parając się rzemiosłem w obrębie obwarowań. Awansując niejako z pozycji obozu wojskowego do roli centrum administracyjnego, osada zyskała kamienne mury obronne i zaczęła przyciągać nowych mieszkańców: poborców podatkowych, urzędników, dostawców wojskowych, a także wykwalifikowaną i niewykwalifikowaną siłę roboczą, wliczając w to jeńców pojmanych w dzikich ostępach Germanii czy Fryzji. Troyes, bo o nim mowa, nie mogło mierzyć się z bogatymi miastami południowej Europy czy choćby z Paryżem, który w trzecim wieku był w stanie pochwalić się trzema łaźniami, amfiteatrem i hipodromem, gdyż miało najwyżej jedną łaźnię, co stawiało je w jednym rzędzie z większością innych północnych miast.
Kościół katolicki dostarczył nowego impulsu do rozwoju wielu zacofanym osadom północnej Europy, choć pogańskie władze nie zawsze witały krzewicieli chrześcijaństwa z otwartymi ramionami. W Troyes, podobnie jak gdzie indziej, dzięki namiestnikom i cesarzom trwającym przy wierze przodków chrześcijanie zyskali pewną liczbę męczenników. Lecz kiedy Kościół zdobył sojusznika w osobie cesarza Konstantyna, zniknęły wszelkie przeszkody. W czwartym i piątym wieku wszędzie zaczęły wyrastać nowe biskupstwa. Naturalną lokalizacją na siedzibę biskupa było w takiej sytuacji miasto – stare rzymskie centrum administracyjne, zazwyczaj zlokalizowane w dawnym obozie legionistów. Dodatkowo świeżo powstałe kościelne elity potrzebowały pracy świeckiej ludności, rolników i rzemieślników. Powstał całkiem nowy wyraz opisujący takie episkopalne ośrodki – cité (miasto)*, pochodzący od łacińskiego pojęcia civitas oznaczającego zazwyczaj zamieszkałe przez ludzi miejsce obwarowane murami.
W miarę jak gasła potęga Rzymu, lokalni urzędnicy tracili władzę, tworząc pustkę, którą wypełnili chrześcijańscy biskupi. Do połowy piątego wieku biskupstwo Troyes zdołało zagwarantować sobie taki prestiż, że gdy w tamtym czasie w okolicy pojawili się Hunowie, wszyscy szukali ochrony właśnie u biskupa.
Wcześniej Troyes zostało splądrowane już raz przez Wandalów, a Hunowie Attyli mieli opinię jeszcze mniej przyjaznych. Ówczesny biskup Lupus wysłał najpierw diakona i siedmiu kleryków, by przebłagali najeźdźców, ale przez pechowe wydarzenie misja spaliła na panewce – na widok białych szat religijnych kleryków koń Attyli stanął dęba. Wódz Hunów wywnioskował z tego, że poselstwo musi składać się z czarowników i nakazał zgładzić ich na miejscu. Tylko jeden kleryk zdołał uciec i opowiedzieć całą historię. Następnie Attyla ruszył walczyć z Rzymianami, Gotami, Burgundami i Frankami, którzy natychmiast przestali toczyć boje między sobą i zjednoczyli się przeciw niemu. Pokonany, choć nie do końca, Attyla zawrócił na wschód, a Troyes znalazło się na jego drodze. W tym groźnym momencie cała ludność po raz kolejny zwróciła się do biskupa Lupusa. Tym razem duchowny pertraktował już osobiście i osiągnął zaskakujący sukces. Wódz najeźdźców oszczędził miasto, a zabranego w charakterze zakładnika biskupa wypuścił nad Renem i odprawił z wszelkimi honorami. Za dyplomatyczne zwycięstwo Lupusa w pierwszej chwili wygnano, podejrzewając go o sprzyjanie wrogowi, ale później, po głębszym namyśle i otrzeźwieniu, przywrócono go do godności biskupiej, a ostatecznie kanonizowano i dziś znany jest jako święty Lupus z Troyes.

Posąg św. Lupusa ze skarbca katedry w Troyes. Postać odważnego biskupa zapisała się złotymi zgloskami w historii miasta i jego kult jest szczególnie rozpowszechniony w tamtejszej diecezji.
Pod koniec piątego wieku zachodnia część Imperium Rzymskiego pogrążyła się w chaosie. Prawie wszystkie ośrodki miejskie – stare i nowe, małe i duże – katastrofalnie podupadły. Ludzie podbierali cegły i kamienie z publicznych budowli, by naprawiać swoje domy i wzmacniać mury osad przeciw masom niechcianych przybyszów. Handel – i tak już w zastoju przez długotrwały i głęboki kryzys w rolnictwie – ustał niemal całkowicie w chaosie wędrówek ludów i ciągłych inwazji z północy i wschodu. Takie miasta jak Troyes przestały się rozwijać i zatrzymały się w miejscu: na poły wojskowe, na poły wiejskie. Nie licząc surowych budynków kościelnych – pałacu biskupiego, bazyliki pełniącej funkcję katedry, opactwa i kilku mniejszych klasztorów – mury Troyes chroniły jedynie kilkadziesiąt ruder. Większość z liczącego czterdzieści akrów obszaru miasta pokrywały winnice, ogródki warzywne i pastwiska.
Tymczasem okazuje się, że nawet grasujący barbarzyńcy mieli swój udział w rozwoju tego typu ośrodków. Po splądrowaniu rzymskiej prowincji założyli siedziby, z których większość przerodziła się w małe stolice. Reims na północ od Troyes stało się stolicą Franków w Szampanii, samo zaś Troyes zaczęło pełnić funkcję lokalnego centrum. Wódz Franków, Chlodwig, człowiek niewiele mniej awanturniczy od Attyli, został jednak zdecydowanie skuteczniej pokonany przez św. Remigiusza niż przywódca Hunów przez znanego nam już Lupusa. Gdy Remigiusz barwnie opowiadał o męce Pańskiej, Chlodwig wykrzyknął „Gdybym tylko tam był na czele mych nieustraszonych Franków!”. Ostatecznie władca ten przyjął chrzest, a wszyscy jego nieustraszeni Frankowie niezwłocznie poszli w jego ślady.
W szóstym i siódmym wieku Kościół w jeszcze jeden sposób przyłożył się do rozwoju miast – pojawiły się klasztory benedyktyńskie. Zakon rozrastał się szybko, czasem umieszczając swoje siedziby w miasteczkach, a czasem na pustkowiu, ale zawsze od razu ściągali do nich rzemieślnicy, rolnicy i handlarze. W bawarskim lesie pojawiło się „miasto mnichów” – Monachium. Z kolei we Flandrii opactwo benedyktyńskie ulokowane w miejscu, gdzie rzeka Aa staje się zdatna do żeglugi, stało się zalążkiem przyszłego ośrodka produkcyjnego: Saint-Omer.
Tymczasem w basenie Morza Śródziemnego wiele starych, pochodzących jeszcze z czasów rzymskich miast w wiekach ciemnych prowadziło interesy mniej więcej tak samo jak za Cesarstwa. Marsylia, Tulon, Arles, Awinion i inne prowansalskie porty dalej handlowały ze wschodnią częścią regionu śródziemnomorskiego. Sprowadzały papirus i przyprawy, zaś klasztory benedyktyńskie pomagały tworzyć rynek zbytu na te towary. W drugą stronę prowansalskie statki często transportowały niewolników.
Ten stan rzeczy dobiegł końca w siódmym wieku. Porażającemu sukcesowi militarnemu Arabów na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej towarzyszyło poważne przesunięcie śródziemnomorskich szlaków handlowych. Nowsi badacze zmodyfikowali tezę Henriego Pirrene’a dotyczącą zależności przyczynowej pomiędzy działalnością Mahometa a wiekami ciemnymi, wskazując raczej na inne wpływy. Niemniej pozostaje faktem, że gdy muzułmańska flota pojawiła się w zachodniej i środkowej części Morza Śródziemnego, stare rzymsko-chrześcijańskie miasta handlowe zostały zepchnięte na pozycje obronne i były często najeżdżane i plądrowane. Przykładowo Genua, tętniący wcześniej życiem port, straciła w tamtych czasach na znaczeniu, zmieniając się po prostu w wioskę rybacką. Z drugiej strony, wzdłuż wybrzeża Afryki Północnej rozkwitać zaczęły nowe miasta, już pod sztandarem islamu. Mowa tu o takich ośrodkach jak Kair, Al-Mahdijja czy Tunis. Również dawne greckie i rzymskie porty otrzymały drugie życie wraz z nastaniem administracji zdobywców. W porcie Aleksandrii – strzeżonym przez słynną latarnię, stanowiącą przez tysiąc lat jeden z siedmiu cudów świata – nowe stocznie dostarczały statków potrzebnych muzułmanom do uprawiania handlu i piractwa, których owoce sprawiły z kolei, że bazary tego miasta stały się największe w całym rejonie śródziemnomorskim. Ale jeden chrześcijański, choć nie do końca europejski port był jeszcze większy: Konstantynopol, stolica Cesarstwa Bizantyńskiego. Miasto rozwinęło się dokładnie na przecięciu głównych szlaków handlowych biegnących ze wschodu na zachód i z północy na południe. Poza tym jednym ośrodkiem muzułmańscy handlarze i piraci dosłownie w całości zapanowali nad morzami. W ósmym wieku ich zdobycze terytorialne objęły Hiszpanię i Baleary, a nawet część Prowansji, skąd urządzili sobie bazę wypadową do ataków na starożytne miasta doliny Rodanu. Jedna z takich wypraw dotarła tak daleko na północ, że zdołała złupić Troyes.
Z grabieżami obywatele wczesnośredniowiecznego miasta musieli się pogodzić. Dokonywali ich nie tylko pogańscy najeźdźcy, lecz także chrześcijańscy możnowładcy, a nawet biskupi – przykładowo Troyes zostało złupione przez biskupa Auxerre. Najstraszliwszymi najeźdźcami, którzy pojawili się pod koniec dziewiątego wieku, byli jednak Wikingowie.
Zanim bandy tych rudobrodych zbirów z dalekiej północy pokazały się u bram Troyes, zdążyły już dobrać się do prawie każdego innego miasta na mapie: Paryża, Londynu, Utrechtu, Rouen, Bordeaux, Sewilli, Yorku, Nottingham, Orleanu, Tours czy Poitiers; ta lista to cały atlas Europy Zachodniej w dziewiątym wieku. W Szampanii najeźdźców prowadził Hasting – miejscowy rozbójnik słynący z olbrzymiej siły. Choć Wikingowie niekiedy osiedlali się na południu Europy, Hasting odwrotnie: udał się do Skandynawii i wiódł tam życie Normana, by powrócić na czele przybranych rodaków z niszczycielskimi najazdami na Normandię, Pikardię, Szampanię i dolinę Loary.
Troyes splądrowano przynajmniej dwa razy, a prawdopodobnie trzy. Również tam, jak wszędzie indziej, powtarzająca się agresja zrodziła opór. Biskup Anségise odegrał rolę króla Alfreda i hrabiego Odona – skrzyknął lokalnych rycerzy i chłopów, połączył siły z innymi sąsiednimi biskupami i panami feudalnymi, i wreszcie walczył bohatersko w zaciętej bitwie, podczas której Wikingów rozgromiono. Hasting, zdobywszy już wcześniej dla siebie całkiem pokaźne lenno, kupił pokój, zrzekając się Chartres na rzecz jednego ze swych przeciwników – hrabiego Vermandois[1], który zdobył tym samym bazę do założenia silnej dynastii.
Paradoksalnie Wikingowie niekiedy przyczyniali się do rozwoju miast. Często grabili więcej, niż byli w stanie przewieźć do domu, więc nadmiar sprzedawali. Osada wystarczająco silna, by przetrwać atak najeźdźców, mogła w ten sposób zyskać na nieszczęściu swoich gorzej przygotowanych sąsiadów. Wikingowie zakładali nawet miasta. Po obfitej grabieży budowali bazy wypadowe, które służyły im za składy handlowe. Do takich baz należał Dublin. Z kolei do rozwoju Yorku Wikingowie przyłożyli się, ustanawiając tam swoją główną siedzibę, choć pierwotni mieszkańcy zapewne nie docenili tego zaszczytu.
Niemniej jednak nawet biorąc pod uwagę ten aspekt działalności normańskich najeźdźców, dziewiąte stulecie to największy upadek życia miejskiego. Oprócz Wikingów najazdów wciąż nie zaniechali Arabowie – w 846 roku splądrowali oni Bazylikę św. Piotra pod Rzymem. Na dokładkę pod koniec owej nieszczęsnej epoki pojawili się też Węgrzy – lud, który zyskał swą nazwę z uwagi na podobieństwo w wyglądzie i zachowaniach do niezapomnianych Hunów** – plądrując tereny Niemiec, północnej Italii i wschodniej Francji.
Po okresie naznaczonym wysokimi stratami ludzkimi i materialnymi, kiedy to próbowano radzić sobie z najazdami za pomocą prowizorycznych rozwiązań takich jak ukrywanie się, próba targowania z agresorem czy wreszcie walka, Europa wreszcie znalazła właściwe rozwiązanie problemu: budowę murów***. Istniejące osady wzniosły zatem fortyfikacje i rozkwitły, oferując lokalnej ludności bezpieczeństwo. Z kolei w terenach wiejskich możnowładcy zaczęli stawiać fortyfikacje, by wzmocnić swoje prymitywne zamki, a jednocześnie własną pozycję. Mury budowano też wokół klasztorów. Niekiedy mur wzniesiony dla ochrony zamku lub opactwa niespodziewanie zaczynał przyciągać bednarzy, kowali, myśliwych czy obwoźnych handlarzy, tworząc zalążek nowego miasta.
Gdzieniegdzie wzniesiono fortyfikacje, zanim jeszcze doszło do ataków. Na przykład mieszkańcy Saint-Omer wykopali szeroką i dość głęboką fosę, napełnili ją wodą, a z wybranej ziemi usypali szaniec, na którego szczycie umieścili zaostrzone pale. Wewnątrz zbudowali drugą, jeszcze silniejszą linię umocnień. Tak przygotowani w 891 roku odparli atak Wikingów, a najeźdźcy nie poważyli się już na drugą próbę zdobycia osady. Podbudowani sukcesem ludzie z Saint-Omer przekształcili swoją wieś przyklasztorną w prawdziwe miasto, które miało aż trzy główne ulice. Podobnie działo się w innych osadach leżących w tej nizinnej, narażonej na ataki części Europy. Arras, Gandawa, Brugia, Lille, Tournai czy Courtrai – wszystkie zaczęły wyłaniać się z niebytu. Oczywiście rozwój miast to nie tylko obrona przed najeźdźcami. Niektóre osady, na przykład Ypres (obecnie Iper), rozwinęły się bez dobroczynnego wpływu władcy, biskupa czy twierdzy – po prostu miały szczęście do dobrej lokalizacji umożliwiającej produkcję sukna.
Prawie wszystkie nowe obwarowania powstałe od podstaw w dziesiątym wieku miały postać wału ziemnego z palisadą, podobnie jak w opisanym Saint-Omer. Umocnienia takie, odpowiednio obsadzone załogą, były skuteczne wobec napastników uzbrojonych jedynie w ręczną broń miotającą, takich jak Wikingowie. Z kolei stare miasta wywodzące się jeszcze z czasów rzymskich tak jak Troyes dopuściły, by ich kamienne mury popadły w ruinę, za co drogo zapłaciły w burzliwym dziewiątym wieku. Niemniej do połowy dziesiątego wieku w analizowanej osadzie naprawiono już fortyfikacje, które służyły odtąd dobrze nie przeciwko Wikingom, lecz przeciw dawnemu obrońcy miasta, biskupowi Anségise. Ten bowiem, walcząc ze swoim rywalem hrabią Vermandois, pożyczył od cesarza Ottona Wielkiego armię Sasów i oblegał Troyes do momentu, aż oswobodził je inny nieustraszony duchowny, arcybiskup z Sens. Wtedy na rzecz Anségise’a interweniował sam cesarz, przywracając go na biskupstwo, na którym żył w spokoju do śmierci dziesięć lat później. Niemniej nigdy więcej już biskup z Troyes nie próbował kwestionować władzy zwierzchniej świeckich hrabiów. Sześćset lat po przejęciu władzy od rzymskich namiestników biskupi musieli usunąć się w cień.
Tymczasem w dialektach germańskich, z których rozwinęły się nowe języki, świeżo ufortyfikowane miasta zaczęto nazywać słowem bourg lub burh (później również borough). Analogicznie ludzi zamieszkujących takie ośrodki nazywano bourgeois lub burghers****. Do połowy dziesiątego wieku grody warowne wyrastały w północnej i zachodniej Europie aż po Hamburg – świeżo obwarowany ośrodek biskupi przy ujściu Łaby – czy Gdańsk w ujściu Wisły. Miast tych nie można było porównać do ludnych i bogatych miast świata islamu takich jak Bagdad, Niszapur, Aleksandria, Granada czy Kordoba, gdzie zamożni kupcy roztaczali mecenat nad poetami i architektami. Ośrodki europejskie pełne były obór i chlewów, a chałupy i warsztaty pracy skupiały się tam wokół kościoła, zamku lub pałacu biskupa. Niemniej zdecydowanie się rozrastały. Nim nadszedł wiek dziesiąty, do rozpadających się willi z czasów rzymskich ulokowanych poza obwarowaniami Troyes dołączyły opactwa i domy.
Z pewnością był to swego rodzaju początek, a w Italii nawet coś więcej. Niektóre miasta, w czasach rzymskich nieistniejące lub mało ważne, nagle zaczęły rozkwitać. Przykładowo na bagnach Adygi nad północnym Adriatykiem pojawiła się Wenecja. Z kolei na południe od Neapolu między sorrentyńskimi klifami a morzem wyrosło Amalfi. Niegościnna lokalizacja nie była w tych przypadkach przypadkowa. Przybysze zwani Longobardami, jeśli chodzi o nieokrzesanie, znajdujący się mniej więcej w pół drogi pomiędzy Frankami a Hunami, przejęli kontrolę nad terenami położonymi w głębi Półwyspu Apenińskiego. Longobardowie byli przy tym po prostu szczurami lądowymi, a zatem idealnym miejscem dla handlu wydawał się osłonięty kawałek wybrzeża, łatwo dostępny z wody, a trudno dostępny od strony lądu. W efekcie pod koniec dziesiątego wieku weneckie i amalfitańskie żagle były stale obecne na wodach Złotego Rogu, zatoki w Konstantynopolu. I chociaż bezpośrednie interesy z muzułmanami uważano za skandaliczne, a przede wszystkim niebezpieczne, to jednak pewna liczba kupców z Amalfi, Wenecji czy innych włoskich miast zdobywała się na konieczną śmiałość.
Przez długi czas w dziesiątym i jedenastym wieku na rozwój miast wpływały przede wszystkim dwa zjawiska. Pierwszym z nich było karczowanie – w procesie tym wiodącą rolę odgrywały nowe zakony kluniatów i cystersów. Za karczowaniem stał z kolei cały szereg usprawnień w dziedzinie techniki rolniczej, który jako całość możemy nazwać swego rodzaju rewolucją. Zwłaszcza ważne okazało się upowszechnienie ciężkiego pługa z kółkami, zdolnego do skutecznego zaorania żyznych i głębokich nisko położonych terenów północnej Europy. Początkowo przy orce jako siły pociągowej używano powolnych wołów, ostatecznie za pomocą wyściełanego, ale sztywnego chomąta do pługa zaprzęgnięto żwawsze jednak konie. To zaś powiązane było ze zmianami w kwestii upraw i płodozmianu – wprowadzono owies oraz rośliny strączkowe, a na wielu obszarach pojawiło się bardziej wydajne rolnictwo oparte na systemie trójpolówki, która wyparła starszą, znaną już w czasach rzymskich dwupolówkę.

Na szkicu widać, jak wyglądał kościół opactwa Cluny w czasach swojej romańskiej świetności. Klasztory kluniackie bardzo przyczyniły się do rozwoju osadnictwa w Europie.
Nowe miasta odegrały ważną rolę w tej rewolucji agrarnej. Stare warsztaty w posiadłościach ziemskich traciły na znaczeniu na rzecz lepszych i bardziej wydajnych kuźni, młynów i warsztatów w miastach. Chłopi z obszaru północno-zachodniej Europy zbierali plony przy użyciu sierpów i kos o żelaznych ostrzach, a orali za pomocą żelaznych lemieszy i krojów pługa, których pozazdrościć mogliby im bogaci starożytni rzymscy rolnicy. Z kolei zwiększona ilość żywności była zarówno przyczyną, jak i skutkiem niewątpliwego wzrostu liczby ludności.
Drugim ze zjawisk wpływających na rozwój ośrodków miejskich był początek średniowiecznego górnictwa. Parali się nim już starożytni Grecy i Rzymianie, ale technikę wydobywczą trzeba było wymyślić niejako na nowo w chwili odkrycia złóż srebra w górach na terenie Saksonii. Tamtejsi górnicy zabrali ze sobą wiedzę za granicę, wydobywając srebro w Karpatach i na Bałkanach, a także nauczyli mieszkańców Kornwalii, jak korzystać z tamtejszych złóż cyny. Duże ilości saskiego srebra popłynęły zwłaszcza do Mediolanu, który wylał się poza swoje dawne mury zbudowane jeszcze za czasów cesarza Maksymiana. W dziesiątym wieku miasto mogło pochwalić się aż stoma wieżami, a jego bogactwo wywodziło się pierwotnie z kontroli nad żyznymi obszarami wiejskimi oraz lokalizacji na skrzyżowaniu ważnych lądowych i rzecznych szlaków handlowych. Dodatkowo w ciągu dziesiątego i jedenastego stulecia Mediolan stał się głównym ośrodkiem rzemieślniczym Europy. Mieszkający tam kowale i płatnerze wytwarzali miecze, hełmy i kolczugi poszukiwane przez rycerstwo z Italii, Prowansji, Niemiec, a nawet o wiele odleglejszych obszarów kontynentu. Miejska mennica wybijała ponad dwadzieścia tysięcy srebrnych monet rocznie.
Unowocześnione rolnictwo i większa ilość pieniędzy w obiegu doprowadziły do ożywienia handlu również poza Italią. We Flandrii Gandawa rozrosła się poza dawne mury vieux bourg otaczające jedynie dwadzieścia pięć akrów. Portus, nowo powstała dzielnica kupców i tkaczy, ponadtrzykrotnie powiększyła miasto.
W wielu wypadkach rozwój ośrodków miejskich funkcjonował na zasadzie swoistej symbiozy z otaczającymi je terenami wiejskimi. W regionach dobrze dostosowanych do konkretnej formy rolnictwa, przykładowo hodowli winorośli, miasta zarówno handlowały lokalnymi produktami, jak i zajmowały się importem. W tym samym czasie dwunastowieczne ośrodki miejskie nadal przejmowały dawne funkcje majątków ziemskich. W Troyes między 1157 a 1191 rokiem założono aż jedenaście młynów. Koła zanurzone w miejskich strumieniach zaczęły dostarczać energii nie tylko do mielenia ziarna, ale również dla pras tłoczących oliwę, młotów oraz kuźni obrabiających żelazo na narzędzia rolnicze.
Wewnątrz murów miejskich coraz mniej miejsca zajmowały sady, winnice i ogrody – miasta traciły powoli wiejski wygląd. Bogaci kupcy wystawiali duże domy, luksusowe kramy i pracownie złotników pojawiały się tuż obok tradycyjnych warsztatów rzemieślniczych. Przez wzmożony ruch przy użyciu koni i osłów wąskie uliczki zrobiły się ciasne i brudne. Dodatkowo im bliżej siebie budowano domy i warsztaty, tym większe występowało ryzyko pożaru. Na to nakładał się ograniczony dostęp do wody – w wielu ośrodkach służba i gospodynie musiały odstać swoje w kolejce przy studni, by napełnić wiadra i dzbany. Do końca dwunastego wieku urbanizacja wraz ze wszystkimi swoimi problemami dotarła do miast Flandrii, nie mówiąc już o takich ośrodkach jak Kolonia, Hamburg, Londyn, Paryż, Provins czy Troyes.
W dwóch ostatnich z wymienionych ośrodków rozwinęła się nowa forma aktywności. Już w czasach rzymskich wyznaczano dokładne terminy na organizację targów i jarmarków. W następnych stuleciach, nawet gdy handel jako taki prawie całkowicie upadł, ta idea ciągle żyła – po prawdzie im mniej kupowano i sprzedawano, tym ważniejsze było ustanowienie konkretnych dat i miejsc, by kupcy dotarli do potencjalnych klientów.
Handlowcy musieli się też spotykać między sobą. We wczesnym średniowieczu nie stanowiło to jeszcze jakiegoś problemu, ale kiedy sukno wełniane produkowane w Europie Zachodniej za pośrednictwem miast italskich trafiało do krajów śródziemnomorskich, zaś w drugą stronę powędrowały towary luksusowe, pojawiła się paląca potrzeba stworzenia rynku hurtowego. Kupcy z Wenecji i Genui karawanami przewozili przyprawy przez Alpy, by wymieniać je na sukno z Flandrii. W drugiej połowie jedenastego wieku Flandryjczycy postanowili wyjść im naprzeciw. Nie spotykali się jednak dokładnie w pół drogi (co wypadałoby w Burgundii), lecz na terenie Szampanii – bliżej Flandrii niż Italii. Powodem tego była najprawdopodobniej polityka.
Przez przygody bojowego biskupa Anségise’a Troyes znalazło się w rękach hrabiów Vermandois, których linia w jedenastym stuleciu nie miała już bezpośrednich spadkobierców. Wówczas Troyes przejął wojowniczy kuzyn, hrabia Eudes, ogłaszając się jednocześnie hrabią Szampanii, i rzucił wyzwanie każdemu, kto ośmieliłby się mu przeciwstawić. Koniec końców zginął tak, jak żył – od miecza, którym w swoim burzliwym życiu wojował, a może od topora. Tak czy owak wdowa musiała rozpoznawać zwłoki męża po znamieniu. Dwaj synowie Eudesa podzielili między siebie schedę po ojcu i rozpoczęli wojnę z królem Francji. Ostatecznie jeden z nich zmarł, a drugi – Tybald I – oszukał swego bratanka i wyzuł go z dziedzictwa.
Dokonał jednak czegoś jeszcze – zreorganizował oraz rozkręcił lokalne jarmarki, tak że przyciągały zagranicznych kupców do Troyes i innych należących doń miast. Synowie Tybalda – Hugo z Troyes i Etienne (Stefan Henryk) – oraz jego wnuk Tybald II jeszcze mocniej rozwinęli handlowe przedsięwzięcia. W dwunastym wieku nadeszła prosperity i jarmarki w Szampanii urosły do rangi stałych, całorocznych targów handlowych oraz miejsc wymiany pieniędzy dla całej zachodniej Europy. Sukces był tak duży, że Tybald II zdobył przydomek Wielki i zasłynął z gościnności i działalności dobroczynnej. Pewien podziwiający swego pana kronikarz wychwalał go jako „ojca dla sierot, opiekuna wdów, wzrok dla niewidzących i stopy dla kalek”. Znany z filantropii Tybald II budził jeszcze większy szacunek z uwagi na posiadane bogactwo, którego źródło można było bardzo łatwo wskazać: list władcy Szampanii, który dotrwał do naszych czasów, wyraźnie wymienia w tej roli jarmarki. Nieokrzesany młody baron, którego ojciec był wasalem króla Francji, napadł na grupę bankierów z Vézelay zmierzających do Szampanii. Tybald wysłał ostre pismo z protestem do Sugera, swego rodzaju ministra na dworze króla Ludwika VII: „Ta zniewaga nie może pozostać bezkarna, jako że zmierza ona ni mniej, ni więcej tylko do zguby mych jarmarków”.
Ostatecznie cała sprawa doprowadziła do ustanowienia niezwykłego przywileju, w którym to władcy Francji zobowiązali się objąć ochroną wszystkich kupców przemierzających królewskie ziemie w drodze na jarmarki w Szampanii i z powrotem.
Stosunki dyplomatyczne pomiędzy hrabią i królem nie zawsze były tak serdeczne – w wyniku pewnego nieporozumienia doszło nawet do tego, że armia władcy Francji najechała Szampanię. Ucierpiały tereny wiejskie, ale Troyes zdążyło zaryglować bramy w dobrze utrzymanych starych murach i przeczekało do momentu, aż św. Bernard wynegocjuje pokój.
Fortyfikacje, choć w dobrym stanie, bardzo ograniczały miasto. W połowie dwunastego wieku powstał problem ochrony nowych dzielnic leżących poza starą linią murów. Dwa wielkie opactwa usytuowane na wschód i południe od centrum przyciągały osadników, ale największy rozrost ośrodek zanotował w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim: to właśnie tam powstały kwartały z kościołami św. Remigiusza i św. Jana, od których nazwę wzięły dwa jarmarki organizowane co roku w Troyes. Ta nowa dzielnica, dwukrotnie większa niż dawne centrum, przez pół roku nie mogła poszczycić się dużą liczbą mieszkańców, ale w lipcu i sierpniu (jarmark świętojański) i ponownie w okresie od listopada do grudnia (jarmark św. Remigiusza) tętniła życiem pełna ludzi, wozów, zwierząt i towarów.
Pomijając sezonowe wahania liczby mieszkańców, Troyes w dwunastym wieku przypominało dziesiątki innych rozwijających się miast Europy Zachodniej. Wszystkie miały silne mury, w każdym znaleźć można było opactwa i klasztory oraz wiele kościołów, z których większość była drewniana, a tylko nieliczne kamienne z drewnianymi dachami. W wielu ośrodkach, podobnie jak w Troyes, znajdował się też pałac lokalnego świeckiego władcy. W ośrodkach tych nadal występowały puste przestrzenie – podmokłe tereny na brzegu rzeki albo niezagospodarowane łąki. Większość miast zajmowała obszar od stu akrów do pół mili kwadratowej i szczyciła się liczbą mieszkańców od dwóch, trzech tysięcy do dziesięciu, dwudziesty tysięcy. Niektóre, jak Troyes, miały wykopane kanały lub skanalizowane rzeki; wiele posiadało drewniane mosty osadzone na kamiennych filarach, a w Londynie postawiono w pełni kamienny most łukowy. Ów słynny średniowieczny London Bridge nie mógł się oczywiście równać jakością projektu i wykonania z dziełami starożytnych Rzymian, ale jego dziewiętnaście przęseł wspartych na masywnych filarach różnej wielkości i zabudowanych sklepami oraz domami, tworzyło konstrukcję, którą przyjezdni podziwiali przez kolejnych sześćset lat. Budynki usytuowane na mostach zdecydowanie nie poprawiały ich przejezdności, ale były cenione z uwagi na niezwykłą dostępność do wody oraz łatwość pozbywania się ścieków.
Pomimo rozwoju miasta zachodniej Europy nadal jednak pozostawały w tyle za ośrodkami z Italii. Dwunastowieczne Wenecja, Genua, Piza i inne nadmorskie ośrodki Półwyspu Apenińskiego wysyłały całe floty napędzanych wiosłami galer, które przywoziły bezcenne indyjskie przyprawy ze wschodnich rejonów Morza Śródziemnego. Miasta te zakładały nawet kolonie na wybrzeżach Morza Czarnego; walczyły i handlowały z muzułmanami z Egiptu i północnej Afryki; silnie wspierały krucjaty, otrzymując w zamian wartościowe przywileje; wreszcie atakowały Saracenów na ich własnym terenie, odbierając im wyspy i porty. To rabunki i grabieże pomogły sfinansować budowę wielu srogich wież, które pojawiły się we włoskich miastach – w nich bogaci i kłótliwi mieszczanie bronili się przed sąsiadami. W Pizie dzięki grabieżom postawiono wysoką konstrukcję kampanili nowej katedry – niestety, akurat ta dzwonnica nie została posadowiona właściwie. Z kolei Wenecja zwieńczyła swoją bazylikę św. Marka wielką kopułą oraz była w stanie ufundować wiele innych kościołów i budynków użyteczności publicznej. Jedna z tego typu inicjatyw, choć pozbawiona wartości estetycznej, miała jednak olbrzymie znaczenie praktyczne: mowa tu o weneckim Arsenale. Zajmował on osiem akrów nabrzeża zabudowanego składami drzewnymi, dokami, stoczniami, warsztatami i magazynami, gdzie można było budować lub remontować aż dwadzieścia cztery galery jednocześnie.
Podczas gdy Wenecja mogła poszczycić się siłą morską, jakiej zazdrościli jej nawet królowie, leżący z dala od wybrzeża Mediolan postawił na przekonującą demonstrację potęgi lądowej. Przewodzący Lidze Lombardzkiej mediolańczycy mieli tupet sprzeciwić się swojemu panu, cesarzowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego Fryderykowi Barbarossie, i pokonać jego wojska podczas bitwy pod Legnano, zapewniając wolność miastu. W tamtym czasie (rok 1176) Wenecja, niegdyś zależna od greckiego Konstantynopola, była równie suwerenna jak papież czy cesarz. Na dobrą sprawę podobnie rzecz się miała w przypadku Genui, Pizy, Florencji, Piacenzy, Sieny i wielu innych miast Italii. Ośrodki te, zdominowane przez bogatych kupców i często uwikłane w konflikty wewnętrzne (od waśni rodowych aż po walki między poszczególnymi warstwami społeczeństwa), dały początek ruchowi, który chciały naśladować miasta północno-zachodniej Europy.
Esencją tego zjawiska była „komuna miejska” – zaprzysiężone stowarzyszenie wszystkich średniowiecznych przedsiębiorców danego miasta. W Italii, gdzie w ośrodkach miejskich mieszkała również szlachta, wielu wysoko urodzonych parało się taką czy inną formą działalności zarobkowej i również część z nich pomogła utworzyć komuny. Niemniej nawet we Włoszech średniowieczna komuna ze swej definicji była organizacją wybitnie mieszczańską – na północnym zachodzie kontynentu arystokracja i kler byli nawet specjalnie wykluczani z przynależności do takich organizacji. Handlarze suknem, sianem, płatnerze, sprzedawcy wina – wszyscy kupcy i rzemieślnicy danego miasta – zrzeszali się, by bronić swoich praw przeciwko swoim świeckim i kościelnym panom. Oświeceni władcy tacy jak Tybald Wielki czy król Ludwik VII popierali komuny, rozumiejąc, że przyczyniają się one do rozwoju miast, a co za tym idzie wzrostu książęcych dochodów. Danina pobierana od pracowitego kupca była na pewno lepsza niż wszystko, co posiadał głodujący chłop pańszczyźniany. Niemniej komuny spotykały się ze znacznym sprzeciwem, zwłaszcza ze strony duchownych, którzy widzieli w nich – i słusznie – zagrożenie dla istniejącego porządku społecznego. Pewien kardynał oskarżył komuny o podżeganie do herezji, o wypowiadanie wojny klerowi oraz o zachęcanie do sceptycyzmu. Z kolei pewien opat***** pisał z zawziętością: „Komuna! Nowa i znienawidzona nazwa! To przez nią ludzie zwalniani są z wszelkiej zależności w zamian za opłatę roczną; nie skazuje się ich za łamanie praw, chyba że do wysokości przepisem określonej grzywny; nie podlegają też już więcej żadnym innym opłatom nakładanym na chłopów”.
Zwykłe osiedlenie się w mieście automatycznie zapewniało uwolnienie się od takich powinności feudalnych jak przewód przy pańskich żniwach, naprawy zamku pana czy oddawanie mu owczego łajna. Za sprawą zapłaty wspomnianego przez opata rocznego podatku ludzie z miast zdobyli sobie także zwolnienie od wielu innych opłat.
Biskupi, którzy mieszkali tuż obok zwykłych mieszczan i widzieli, jak ci niegdyś poddani stają się zuchwali, często mieli zarówno materialne, jak i ideologiczne powody, by zgłaszać swój sprzeciw. Przykładowo w Reims francuski król uznał legalność komuny utworzonej przez mieszczan zamieszkujących obszar dawnego rzymskiego cité. Ludzie mieszkający poza dawnym centrum, na ziemiach biskupich, również postanowili się przyłączyć. Tymczasem hierarcha kościelny intensywnie zaprotestował, ponieważ chciał nadal pobierać swoje feudalne należności. Ostatecznie musiał ustąpić w zamian za coroczną opłatę uiszczaną przez „jego” mieszczan. Co ciekawe biskupi i opaci nie mieli większych skrupułów niż świeccy panowie w kwestii użycia lochów czy koła tortur w trakcie sporów ze swoimi poddanymi i zazwyczaj mogli jeszcze liczyć na poparcie papieża. Znana jest sytuacja, w której Innocenty II nakazał w ostrych słowach królowi Francji, by ten położył kres „nieczystemu stowarzyszeniu ludu z Reims, które zwą oni komuną”. Z kolei Innocenty III ekskomunikował mieszczan z Saint-Omer za konflikt z miejscowym opactwem.
W Troyes nie doszło do konfliktu między mieszczanami i Kościołem prawdopodobnie dlatego, że do początku dwunastego wieku hrabiowie Szampanii całkowicie pozbawili miejscowych biskupów wszelkiej realnej władzy. Potwierdza to zresztą historia tamtejszej monety. W czasach Karolingów biskup Troyes bił własną monetę, ale na początku dwunastego wieku po jednej stronie monet z tego miasta pojawia się monogram hrabiego Tybalda (TEBO), a po drugiej biskupia inskrypcja w imię św. Piotra (BEATUS PETRUS). Wreszcie na monetach z końca tamtego stulecia mamy do czynienia już tylko z imieniem następcy Tybalda – Henryka I Szczodrego.

Moneta Tybalda IV Trubadura. Fakt, że władca bije własną monetę, oznaczał, że cieszy się niezależnością i wysoką pozycją.
Mimo sprzeciwów papieża i biskupów komuny miejskie mnożyły się w zachodniej Europie. Nawet wsie zaczęły formować komuny, wykupując niejako swą zbiorową wolność od starych feudalnych powinności. Zazwyczaj zwolnienia, które w ten sposób uzyskiwano, spisane były w formie „kart praw” – dokumentów, których strzeżono jak źrenicy oka. Z kolei Ludwik VII i inni postępowi władcy zakładali „nowe miasta” – z takimi nazwami jak Villeneuve, Villanova, Neustadt – i nadawali im dokumenty z przywilejami, by ściągnąć osadników******. „Karta praw” wystawiona dla miasta Lorris w dolinie Loary stała się na przykład wzorcem dla setek innych ośrodków we Francji. Inny dokument, wydany dla Breteuil w Normandii, posłużył za model dla licznych miast angielskich. We Flandrii już w jedenastym stuleciu miasta kopiowały rozwiązania zastosowane w Saint-Omer. Określenie „karta praw” dołączyło do „komuny” jako pojęcie znienawidzone przez reakcjonistów.
Co ciekawe Troyes i inne miasta, które organizowały jarmarki w Szampanii, stosunkowo późno uzyskały karty praw. Stało się tak dzięki (nie zaś pomimo) postępowemu podejściu hrabiów Szampanii. Tak naprawdę gorliwość tych możnych w zakresie ochrony i promocji jarmarków gasiła wszelkie silniejsze impulsy do posiadania własnej komuny miejskiej. Mieszkańcy Troyes uzyskiwali w związku z tym korzyści, które inne ośrodki zdobywały dopiero za sprawą „karty”. Niemniej w roku 1230 również to miasto dostało tego typu dokument, a za jego przykładem poszły inne ośrodki regionu, które jeszcze nie miały swoich kart.
Władcą, który nadał prawa miejskie Troyes był Tybald IV, swojemu poetyckiemu talentowi zawdzięczający przydomek le Chansonier (Trubadur). Jeszcze zanim odziedziczył królestwo Nawarry (kiedy to zaczął tytułować się królem Nawarry i Szampanii), możny ten posiadał rozległe majątki podległe feudalnie siedmiu różnym wyższym panom: królowi Francji, cesarzowi Niemiec, arcybiskupom Sens i Reims, biskupom Paryża i Langres oraz księciu Burgundii. Z kolei w celach administracyjnych terytorium Szampanii podzielone było na dwadzieścia siedem kasztelanii, z których każda miała po kilku baronów i pewną liczbę rycerzy winnych posługę wojskową – w sumie ponad dwa tysiące takich osób. (Co ciekawe, w Szampanii znajdowało się również kilkuset rycerzy, którzy mieli obowiązek służby wojskowej wobec kogoś innego).
Na całym posiadanym terytorium Tybald IV odnosił korzyści płynące ze sprawowania jurysdykcji sądowej (ius gladii – prawa miecza). Mowa tu o grzywnach i przepadkach mienia za przestępstwa zagrożone karą śmierci z wyłączeniem duchownych. Dodatkowo hrabia miał dochód z nakładanych podatków i danin, różniących się w zależności od konkretnego miejsca. Przykładem tego typu opłat były pieniądze za używanie pańskich młynów czy pieców do wypiekania chleba albo kwoty spływające od wysoko urodzonych wdów proszących o zgodę na ponowne wyjście za mąż. Niemniej o wiele ważniejsze były dochody z miast, zwłaszcza z Troyes i Provins. Kilka lat po śmierci Tybalda IV w 1253 roku sporządzono katalog włości i prerogatyw hrabiego o nazwie Extenta terre comitatus Campanie et Brie – jego autorem były komitety miejskich obywateli (prud’hommes). Kilka cytatów z ustępów dotyczących Troyes daje nam doskonały obraz tego, jak wyglądały przychody tamtejszego hrabiego:
Hrabia ma targ św. Jana (…), którego wartość ocenia się na tysiąc funtów (liwrów), a oprócz tego opłaty od handlujących, warte trzynaście funtów.
Ma on też
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
Życie w średniowiecznym mieście
Zanurz się w świat średniowiecznego miasta i poznaj jego życie od podszewki. Razem z dwojgiem cenionych historyków zwiedzisz teatr, kościół i szkołę, zrobisz zakupy na rynku i pójdziesz do lekarza. Zawitasz w domu mieszczanina i poznasz jego żonę. Zostaniesz zaproszony na ślub i pogrzeb.Co ludzie robili w budynku pod szyldem z jednorożcem? Jak lekarze traktowali swoich pacjentó...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book
e-book
e-book · audio